teksty znalezione
 

smiplicity. 'truth' w entropii / street art w galeri

truth w oknach

mówi miasto - tekst anny chudzik, wyd. autoportret

częstochowa o street arcie - tekst, który to popełnił jeden z członków legendarnej grupy częstochowskiej ART!mwaj

kliniczna 04 - o zakończonej klinicznej tekst oli z trybuny ludu!!!!

'rita baum' - o galerii na nysce i o kibolach śląska +++

'tygodnik internetowy', który kończy się wymianą uprzejmości wrocławski vlepkarzy

'dyskurs kulturoznawczy' - "zrywacze zabijają kulturę", czyli jak vlepkę widzą kulturoznawcy :) goro twierdzi, że tekst jest nudny.

'dziennik kraków' - wywiad z vlepkarzami z krakowa.

'merkariusz uniwersytecki' - dziesięć przykazań vlepera!!!!!

'uniwersytet kulturalny' - dlaczego vlepiasz we mnie wzrok

'aleje 3' - sztuka w tramwaju; częstochowska vlepka

'mechanizmy samoidentyfikacji i autokreacji w języku wlepkarzy'

opozycja swój - obcy w języku wlepkarzy - teksty zamieszczony na stronie

interreakcji cóż pisownia vlepkarzy coś mówi o autorze.

teksty na forum

znajdziecie tutaj skany wylowionych tekstów o street arcie. jeżeli sami trafiliście na takie teksty, prosi się o przesłanie linka do strony, bądź skany. kontakt:vlepvnet [bezteg]@gmail.com

 
  Wlep się pozytywnie
 

Karteczki w obronie inności - 2005-01-07 14:08:03

Lublin wlepia. Na KULu księża polują na wlepki
z pazurami. W sieci zawrzało, kiedy na jednym
z portali gejowskich pojawiły się wlepki o treści: Jestem gejem, jestem lesbijką i jesteśmy szczęśliwi. Masz z tym problem?

Autorami zamieszania są Jerzyk, Paweł Walczak
i Piotr Bukowski z edukacyjnego portalu dla gejów Homiki.pl, który działa od lutego 2004 roku.

Wrocławski portal skierowany jest do rodziców, opiekunów osób homoseksualnych oraz samych gejów
i lesbijek, którzy żyją w Polsce.

Akcja z karteczkami, które można przykleić w toalecie, na przystanku czy murze, rozpoczęła się w listopadzie tego roku, a zainteresowanie nią w sieci przeszło wszelkie oczekiwanie pomysłodawców.

W ciągu zaledwie pierwszego miesiąca z portalu arkusze z wlepkami, które można wydrukować w dwóch wersjach - na papierze samoprzylepnym i zwykłym (jako ulotka), ściągnięto ponad 4 tys. razy.

Odzew na akcję "Wlep się pozytywnie" był w całej Polsce. Wlepiali nie tylko członkowie organizacji gejowskich i genderowych, ale również feministki, pary heteroseksualne zaprzyjaźnione z Homikami oraz studenci Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

- Chcieliśmy zaakcentować naszą obecność w kraju, w którym geje i lesbijki stają się obiektami szczególnej krytyki ze strony, m.in. Frondy, Więzi czy biskupów piszących listy pasterskie o leczeniu homoseksualizmu.

Złość na rzeczywistość, w której nie ma miejsca dla Innych, Homiki wyraziły w pozytywnym działaniu i "pracy u podstaw". Tłumaczą, że ich skromne wlepki to powtórzenie głośnej akcji bilbordowej "Niech nas zobaczą" w skali mikro.

O realizacji pomysłu na papierze zdecydowała jego niska cena (za arkusz papieru samoprzylepnego zapłacimy jedynie 1 zł) i łatwy dostęp do sieci.

 

Gejowskie wlepki przypominają, że Inni są wśród nas. Od listopada pojawiają się nie tylko we Wrocławiu, Warszawie i Krakowie, ale również
w mniejszych miejscowościach w całej Polsce.

Projekty graficzne i hasła wymyślili użytkownicy portalu. Autorzy akcji wybrali najlepsze z nich
i zamieścili na stronie www.homiki.pl.

- Początkowo miała to być tylko galeria w sieci pokazująca pozytywny wizerunek geja i lesbijki. Chcieliśmy pokazać, że niekoniecznie to, co ludzie o nas sądzą jest prawdą. Geje i lesbijki potrafią kochać, tęsknić i żyć tak samo jak reszta społeczeństwa.

Wlepki gejowskie i lesbijskie można obejrzeć
i ściągnąć ze strony www.homiki.pl

Autorzy pierwszej w Polsce akcji internetowej
z wlepkami chcieli pokazać Innych poza talk showami i okładkami czasopism.

Wlepiają wszędzie, gdzie codziennie przewija się tysiące osób.

Zadaniem akcji jest pokazanie reszcie społeczeństwa, że geje i lesbijki nie stanowią wyobcowanej grupy, ale żyją pośród nas.

Arkusze z gotowymi wzorami wlepek można drukować na papierze samoprzylepnym lub zwykłym. Dzięki temu każdy, kto ściągnie sobie wlepki z sieci może wybrać drogę ich rozpowszechniania (jako wlepka lub ulotka).

Z forum homiki.pl:

Powiesiłem swoje pierwsze wlepki na tablicach ogłoszeń w sklepach, komputerowym: "Jestem gejem. Używam Linuksa.", spożywczym: "Jestem gejem. Codziennie robię tu zakupy." A na uczelni przyczepiłem: "Jestem gejem. Też tu studiuję."

Kurczę, podoba mi się to!

Agnieszka Kłos

źródło: ritabaum

 
  Stanowisko PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o. w sprawie
 

zjawiska dewastowania pociągów i budynków
na terenie Trójmiasta przez grupy subkulturowe

Część prasy lokalnej Trójmiasta jak
i ogólnopolskiej - zwłaszcza typu bulwarowego, serwuje co jakiś czas swoim czytelnikom opowieści o twórcach graffiti, zwykle ułożone według schematu kreowania nowych, ciekawych bohaterów. Bardzo schematycznie pojawia się też w nagłówku takich tekstów, albo w ich treści, pytanie "czy graffiti to sztuka czy wandalizm".
PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o. jako jeden
z podmiotów ponoszących w regionie największe straty w wyniku działalności wandali odwołujących się do tego zjawiska, pragnie przedstawić niniejszym swoje stanowisko, gdyż w przywołanych wyżej opisach czasem dodaje się zdanie policji na dany temat, ale strona poszkodowanych zwykle
w ogóle nie jest reprezentowana.

Powstanie masowego zjawiska graffiti wiąże się
z wprowadzeniem na rynek farb w sprayu, w latach 70 ubiegłego wieku. Jako miejsce narodzin środowisko wskazuje najbiedniejsze dzielnice Nowego Jorku, które tworzą zamknięte getta etniczne. Zaznaczyć już w tym miejscu należy, że twórcy graffiti o zacięciu artystycznym, obrazy, które sami uznawali za wartościowe, od początku tworzyli w miejscu legalnie udostępnionym, co gwarantowało trwałość ich ekspozycji. Wbrew etyce szanującego się grafficiarza jest umieszczanie napisów czy rysunków na obiektach stanowiących prywatną własość: domach, pojazdach, kościołach itp. Niestety na fali mody doszło do pomieszania pojęć, podobnie jak na przykład w przypadku kibiców sportowych, nastąpiło przemieszanie chuligaństwa z ruchem graffiti.
Prawdziwym problemem okazało się masowe eksponowanie przerośniętego ego młodocianych gangów w postaci swoich własnych znaków
i podpisów, nazywanych "tagami". Swoją obecność grupy zaznaczały zwłaszcza w pociągach metra opuszczających ich dzielnice, co miało innym chuliganom demonstrować "kto tu rządzi" . Takie zachowanie nie ma nic wspólnego ze sztuką - raczej ... ze znaczeniem terenu jak to zwykły czynić zwierzęta!

Kres zjawiska masowych dewastacji metra przyniósł Nowemu Jorkowi dopiero koniec XX wieku, co wiąże się z prezydenturą miasta pełnioną przez Rudolpha Giulianiego i zastosowaną praktyką uważnej kontroli każdego, kto popełnia nawet drobne wykroczenie. Okazywało się bowiem, że osoby łamiące drobne zakazy i przepisy porządkowe, często były także sprawcami przestępstw i członkami groźnych gangów, które powodowały, że podróż niektórymi liniami metra w latach 80-tych graniczyła z bohaterstwem.
W Polsce początku lat 90 - tych, wraz ze zmianą ustroju, łatwo dostępne stały się podstawowe narzędzia używane w graffiti. W ślad za tym, około roku 1994 pojawiły się pierwsze malunki i tagi na pociągach SKM, które trójmiejskim grupom młodzieży najszybciej się skojarzyły z metrem nowojorskim. Na inspiracje zza oceanu powołują się wszyscy "grafficiarze" cytowani w miejscowej prasie. Oprócz samego graffiti, albo wręcz dewastacji
i tagów - (bo nie wszyscy przecież mają zdolności manualne, znakomita większość środowiska kończy tylko na "znaczeniu terenu"), grupy takie importowały jeszcze zza oceanu "czarną" muzykę, której słuchają i charakterystyczne stroje oraz zachowanie z bardzo mocnym poczuciem swojej wartości (patrz teksty grup "hiphopowych").
Znakomitą ilustracją obrazującą, z jakiego typu działalnością mamy często do czynienia jest poniżej przytoczony fragment relacji z "akcji" na terenach kolejowych w zachodniopomorskiem, zamieszczonej na jednej ze stron internetowych. Pisownia oryginalna, z tekstu usunięto pseudonimy uczestników. Warto zwrócić uwagę na poziom wypowiedzi, a także na główny motyw działania: środkiem ciężkości jest nie jakkolwiek rozumiana sztuka, ale adrenalina...

Wrzesień '99. Stargard Szczeciński - yard.
Wsiadamy do autka, na tylny fotel, słuchamy muzy, pijemy browar, palimy szlugi i po godzinie dojeżdżamy na miejsce. Trzeba poczekać. Myją składy. Szykujemy farby, drabinę i zaczynamy. Środkowy wagon, whole car, obok L. wali panele (chyba dwa?). Whole car skończony, panele obok też. Luz. Robimy dalej, kolejne panele, damege... i nagle ktoś wzdłuż kolejki zapierdala w naszym kierunku. Zabieramy sprzęt i spierdalamy. Parę wykładek na torach po drodze i udało się.
Powrót do Szczecina i ... mamy ochotę na więcej. Uderzamy na kierunek - Wzgórze Hetmańskie. W., ja i L. wchodzimy do yard'u... szkice, wypełka i ... tym razem się nie udało. Kilku typów zapierdala
w naszym kierunku. Zanim się spostrzegłem chłopaki były już o drugiej stronie yard'u. Dołączam do nich i spokój, nagle zapierdalają w naszym kierunku. Akcja - spierdolka. Kierunek dom. Dziś się nie udało!
Kilka dni później. Szczecin Wzgórze Hetmańskie.
Spotkanie przed yard'em. Ja i L. Mamy jeszcze trochę czasu. Krótkie gadki, kilka papierosów
i chyba wchodzimy. Jeszcze szybkie obejście yard'u , rozglądniecie się i atak. Wchodzimy, kilka minut, jest szkic, wypełka, outline, inline i zaczynam backline. Nagle nic nie słysząc za nami na wolnym biegu stoczyła się lokomotywa, zapala na nas reflektory, otwierają się drzwi. Klęczymy pod murem. Hasło - spierdalamy! Pod kilkoma składami, po torach i kamieniach na kolanach spierdalamy na drugi koniec yard'u. Potem przez działki i spokój. Udało się. Porozcinane ręce(L), pocięte lekko nogi(mam małą dziurkę w kolanie). Pierdolić SOK!

Dla PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o. opisywane zjawisko przynosi ogromne straty. Od roku 2000 wynoszą one około 150 000 złotych rocznie.
Dla osób usuwających szkody związane z graffiti, nie tylko w tutejszej Spółce mocno irytujące
i niejednokrotnie krzywdzące są czasem publikowane sugestie, że znaki pozostawione przez takie grupy są łatwo usuwalne, a wygląd pociągów SKM najwięcej świadczy o właścicielu.
Najczęściej w taborze SKM spotyka się podpisy
i rysowane kamieniem szlifierskim szyby, które pozostawia zaledwie kilka dwu - trzyosobowych grup, dobrze wiedzących, jak się "uwiecznić". Przy każdym sprawcy spotyka się zapas gencjany do napełniania flamastrów, lub cały "arsenał" pisaków, które akurat na danym podłożu będą wyjątkowo trwałe. Na pewno nieusuwalne, chyba, że z całą szybą, są napisy ryte na oknach. To "odkrycie" sprawców zaledwie sprzed trzech lat, niestety już bardzo często praktykowane w wagonach SKM.
Nie ułatwia naszej spółce w zapobieganiu ani usuwaniu dewastacji posiadany tabor starej konstrukcji, z czasów, gdy o takiej skali wandalizmu jak obecna, nikt nie słyszał. Najczęściej jedynym sposobem przywrócenia pierwotnego stanu powierzchni wewnętrznych jest droga i pracochłonna wymiana laminatów. Gdy się tego nie zrobi, rozmazane próbami starcia napisy miesiącami szpecą nasze pociągi.
PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o. na bieżąco usuwa napisy i malunki ze ścian zewnętrznych wagonów, gdy tylko jest możliwość, przed ich wyjazdem do obsługi podróżnych. Czynimy tak już od 4 lat, czyli odkąd istnieje wyodrębniony zakład, przekształcony w obecną spółkę. Dość skutecznie zniechęca to do działań kolejne grupy. Przy okazji chcemy zaznaczyć, że wiele razy od 2000 roku teksty o "niedbałości" tutejszej Spółki były ilustrowane zdjęciami zniszczonego taboru nie należącego do PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o., tj. nie oznaczonych "SKM". Trzeba też wiedzieć, że dewastacje zewnętrzne wagonów SKM zwykle łączą się z zagrożeniem bezpieczeństwa, gdyż zwykle zamalowaniu i uszkodzeniu ulegają napisy ostrzegawcze dla podróżnych, jak też pracowników serwisu, np, bardzo ważne opisy hamulca
i ostrzeżenia przed wysokim (3000Volt) napięciem
w urządzeniach. Bez kompletu oznaczeń pociąg może nawet nie być dopuszczony do ruchu, o czym już nie jednego ranka przekonywali się dojeżdżający SKM
z Wejherowa.
Mylą się też twierdzący, że grupy powołujące się na subkulturę graffiti "ubarwiają szarą (albo inną nudną) rzeczywistość" - niszczono już wszystkie reklamy zamieszczone na wagonach SKM, nawet te wyjątkowo udane i barwne, które chwalili podróżni. Odbiór przez naszych podróżnych popisanych, "brudnych" ścian wewnętrznych i sufitów wagonów jest jednoznacznie negatywny i wiemy, że wzmaga subiektywne poczucie zagrożenia, co przekłada się dla SKM na spadek liczby podróżnych. Zdarzają się jeszcze i tacy sprawcy, jak grupa USH, prawdopodobnie studenci Politechniki Gdańskiej (wystarczy zobaczyć okolice tej uczelni), którzy regularnie przekradają się na teren stacji w Gd. Cisowej i zamalowują wagony. Koszty czyszczenia
i malowania taboru, po ujawnieniu tych wyjątkowo upartych sprawców, mogą ich finansowo pogrążyć na wiele lat.
Najlepszym "kąskiem" dla grup "znaczących teren" są wnętrza tych wagonów, które właśnie odnowiono, wyczyszczono, a nawet całkowicie zmodernizowano, jak np. zespoły serii EN57 o numerach 880 i 1718, które wiosną 2003r. były prezentowane na łamach miejscowej prasy. Próby "oznaczenia" wagonów przez młodocianych chuliganów wzmocniona obsada pociągu udaremniła już drugiego dnia eksploatacji! Po następnych dwóch dniach następnych dwóch chłopaków zostało zatrzymanych i zajął się nimi Sąd Grodzki w Gdyni. Tym samym, z wielką przykrością musimy zaprzeczyć pojawiającym się opiniom typu "gdyby było czysto - to by nie malowali/niszczyli".
Podobnie rzecz się ma z budynkami i budowlami SKM, a zwłaszcza świeżo odnawianymi wejściami na perony. Najgorsze przykłady z 2003 roku to wejścia na peron Gdańsk Przymorze i Gdynia Grabówek.
W pierwszym przypadku, w miesiącu lipcu ekipa remontująca wiatę peronu, przy okazji wymalowała na nowo oba wejścia. Jednak już następnego dnia ... trzeba było czynność powtórzyć i ... tak jeszcze trzy razy w ciągu tygodnia! Podobnie działo się w Gdyni Grabówku, gdzie wejście
i tunele były odnawiane jedenastokrotnie w roku 2003. Po tych przykładach chyba zrozumiałe jest, że nie stać nas na pełną wymianę laminatów w wagonach i malowanie dwudziestu tuneli i schodów ...co kilka dni.
Wydział Ochrony tutejszej spółki zebrał setki zdjęć potwierdzających, że większość dewastacji wagonów SKM, peronów, wiat ZKM, budynków Trójmiasta dokonują ci sami sprawcy w warunkach wielokrotnej recydywy. Zdecydowana większość zniszczeń wagonów i elewacji to podpisy - tagi
(a więc bardzo rozpoznawalne symbole) członków lub całych grup wandali, do których to podpisów jedni przyznają się na sali sądowej, inni zaś będą się wypierać, mimo, że ich charakterystyczny podpis widnieje na wszystkich rzeczach osobistych, jak książki, plecaki itd. oraz wokół miejsca zamieszkania i nauki. Wszystkie poważne opracowania tematu graffiti wskazują również, że
w środowisku najbardziej liczy się osoba, która najmocniej wyeksponuje powtarzającym się podpisem swoje ego i że tag przynależy tylko do jednej osoby. Ci sami sprawcy niszczą zarówno wagony SKM, jak i budynki i budowle Trójmiasta, niezależnie czy są one publiczne, czy prywatne. Skrajne przykłady takiej działalności: tutejsza Spółka posiada zdjęcia wykonane we Francji, gdzie wymazane tagami są prywatne auta. Być może wkrótce będzie to codziennym widokiem w Polsce.
Z praktyki procesowej SKM jako pokrzywdzony może zaprzeczyć definicji encyklopedycznej, która bywała już ...podstawą łagodniejszej kwalifikacji graffiti, że: "działanie ma wyłącznie charakter estetyczny"(!). Wśród ujawnionych w SKM sprawców takie tłumaczenie się nie zdarzyło.

 

Przytaczanymi motywami działania są za to chęć umieszczenia swojego znaku lub logo rozpoznawalnego w zamkniętej grupie subkultury młodzieżowej i "adrenalina" - poprzez dokonanie czynu zabronionego, którym zdobędzie się uznanie
w kręgu subkultury. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że, tak jak w przytoczonym przykładzie Nowego Jorku, tak i u nas "znaczący teren" okazywali się także sprawcami poważniejszych przestępstw - na przykład wszyscy ujawnieni sprawcy podpaleń pociągów SKM wcześniej nanosili swoje znaki w pociągach SKM(!) Tymczasem niektórzy przedstawiciele organów ścigania starają się uspraiedliwiać grafficiarzy kwalifikując dewastacje na szkodę o wartości kilku tysięcy złotych, zgodnie z ...definicją encyklopedyczną, jako "rodzaj działania artystycznego". Cytat pochodzi z serii postanowień o odmowie wszczęcia dochodzenia (!).

Niedawno można było w prasie lokalnej przeczytać rozmowę z miejscowym "doświadczonym grafficiarzem", który widział działalność swojego środowiska jako "wojnę z PKP, które usuwa z wagonów rysunki grafficiarzy, (czyż nie mamy do tego prawa!?) a oni potem rzucają w kolejki farbą, tłuką szyby itd." dodajmy więc: podpalają pociągi z pasażerami, a gdy rzucają farbą - również często, bo od roku 2002 -go siedmiokrotnie ranili podróżnych i raz maszynistę pociągów SKM. Dalej rozmówca mówi, że "...kręci teledyski, niezależne filmy o graffiti", czy także i takie /to powinna zbadać prokuratura/, gdzie pokazuje się, jak się włamywać do kabin pociągów by je zniszczyć, jeździć między wagonami, by rysować po szybach kabin lub jeździć na dachu pociągów, pod siecią trakcyjną z napięciem, które może spalić takiego "odważnego"... Czy tak postępują kandydaci na artystów?! Nie jest to jedyny przykład, gdy rozmówcy z grup grafficiarzy "sprzedają" łatwo swoją bardzo ugładzoną ideologię, a często
i nieprawdziwe wiadomości na temat kolei miejskich do żądnej sensacji prasy. PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o. oferuje w tym miejscu weryfikację danych przekazywanych przez młodocianych "miłośników kolei".
Grafficiarze w czasie wakacji i ferii zimowych znaczą swoją obecność w miejscach wypoczynku lub po drodze do tych miejsc. Mamy co roku przykłady zatrzymań oraz podpisów z dopisaną nazwą odległego miasta. Przy okazji takiego zatrzymania w lutym 2004r. okazało się, że nielegalne graffiti może być czasem wykonywane pod przykrywką oficjalnych programów dla młodzieży, prowadzonych przez domy kultury.

Oto kilka przykładów ujawnionych sprawców działających na terenie Pomorza:
Mieszkaniec Rumi - najaktywniej działał 2-3 lata temu pozostawiając napisy MIŚ i TS na budynkach Rumi, Gdyni i wagonach SKM, którymi jeździł do szkoły. Zawsze działał z ostrzegającym go kolegą. Chwytany był trzykrotnie i mimo, że robił dokładnie to samo, odpowiadał raz jako nieletni, drugi raz - za wykroczenie, (pomimo strat ponad 250zł) i trzeci - wreszcie za przestępstwo. Nowych znaków MIŚ i TS przestało przybywać po trzecim zatrzymaniu. Sąd w jego sprawie wydał znakomicie przemyślany wyrok: zajął się wolnym czasem młodego sprawcy, który na cele społeczne odpracował w roku 2003 czterysta godzin. Nie wiadomo natomiast, czy Prokuratura wykorzystała pismo SKM mówiące o wielokrotnej recydywie tegoż sprawcy na sumę strat ponad 14 tys. zł. Tymczasem do zapłacenia wobec SKM sprawca ma ponad 7 tys. zł ze stale rosnącymi odsetkami.
ZEMC - tak podpisuje się sprawca, który znaczy podpisem budynki i budowle różnych właścicieli
w centrum Gdyni i jej południowych dzielnicach (Szpital Miejski, ul, Świętojańska, Wielkopolska). Wpadł na terenie SKM, a organa ścigania odmówiły potraktowania sprawy szerzej niż za straty, które poczynił w chwili ujęcia.
EWC - największa grupa z Gdańska, a być może hasło, pod którym działają mniejsze grupy razem, na co może wskazywać rozwinięcie skrótu: "everywhere crew". Na filmach kręconych przez tę grupę widać wyjątkowo bezczelne dewastacje pociągów i budynków Gdańska, czynione w przysłowiowy "biały dzień", w tym na oczach podróżnych i przechodniów. Grupa jest odpowiedzialna za włamania do kabin pociągów SKM
w celu bardzo niebezpiecznego niszczenia przyrządów, w tym bezpośrednio związanych z bezpieczeństwem podróżnych i ruchu kolejowego. Nakręcone filmy zawierają sporo montaży, aby pokazać działalność, rzekomo pod okiem policji lub SOK oraz liczne przekłamania na temat kolei i jej ochrony. W aktach spraw dotyczących sprawców innych dewastacji, ujmowanych w roku 2002 można się było natknąć na zapisy, że oglądali oni filmy o niszczeniu pociągów SKM tuż przed swoimi wyczynami. Prokurator, któremu przedstawiciele SKM przekazali przechwyconą kasetę z dewastacjami, odmówił prowadzenia śledztwa, uznając dowód za niewystarczający i nie podjął żadnych kroków, by zebrać inne dowody.
Egzotik - sprawca z terenu Gdańska, nie tylko nanosił takie napisy, ale i rzucał kamieniami
w pociągi. "Dzięki" jeszcze poważniejszym zarzutom, jak m.in. podpalenie pociągu SKM swoje 18 -te urodziny spędził w więzieniu, gdzie przebywa do dziś.
PWS - te napisy prześladują właścicieli budynków
z odnawianymi tynkami, zwłaszcza w Rumi. Możliwe, że grupę tworzą sprawcy - mieszkańcy tego miasta, lecz ostatnio zatrzymywano tak podpisujących się mieszkańców Gdyni, w tym nieletniego - dwukrotnie.
DSE - nieletni i pełnoletni mieszkańcy Rumi. Dwóch z nich było chwytanych zimą 2002/2003 i stawało przed sądami, jednak czyn jednego Komisariat Policji w Rumi tradycyjnie dla siebie zakwalifikował jako "naniesienie napisu", mimo strat ponad 250 zł, a Sąd Grodzki pominął kwestię naprawienia szkody wobec SKM, (można tego dochodzić w postępowaniu cywilnym). Tymczasem jednak sprawcy z grupy DSE czują się chyba kompletnie bezkarni. Tym bardziej, że drugi ze sprawców, przed sądem rodzinnym został jedynie "zobowiązany do niepodejmowania nieprzemyślanych działań w przyszłości". Tu również sąd pominął kwestię naprawienia szkody. W tym przypadku SKM jako pokrzywdzony już wskazywał, że mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą wandali.
Efekt zastosowanych procedur jest w tym przypadku taki, że napisy DSE, czasem z dodatkiem CREW
(z ang. Grupa) spotykamy z końcem 2003 roku na ścianach i, co gorsza oknach większości wagonów SKM. Straty szacujemy na ponad 30 000 PLN i rosną z prawie każdym tygodniem.
IHS, EVIK - te napisy znajdziemy w ponad 90% wagonów SKM (!) Od jesieni 2003 r. sprawcy działali tak intensywnie, zwłaszcza w wagonach po remoncie i modernizacji, że było kwestią czasu ich ujawnienie. Raz ujęto dwóch z trójki niszczącej wagon, raptem tydzień po jego modernizacji, by po miesiącu ponownie ująć - tym razem jednego z następnej trójki znaczącej kolejny wagon. Sprawca po zatrzymaniu proponował maszyniście SKM "dogadanie się". Wszyscy ujęci są mieszkańcami Redy i uczniami gdyńskich szkół średnich. Niestety część z nich to nieletni, jeden zaś skończył już 17 lat. SKM czyni starania, aby sprawy tych ujawnień były potraktowane kompleksowo, gdyż straty z działalności tej grupy już po wstępnych szacunkach przekroczyły 50 000 PLN, zaś najczęstszy napis "IHS" jest wyjątkowo charakterystyczny. Działalność tej grupy dotknęła też budowle, budynki i wiaty przystankowe ZKM na terenie Gdyni.

Podsumowując praktykę postępowania ze sprawcami dewastacji, należy zauważyć, co następuje:
1. Sądy, a zwłaszcza organa ścigania traktują każdy ujawniony napis osobno, co daje przypisanie sprawcy małych strat i małe zainteresowanie sprawą, podczas gdy właściwe efekty w walce z tak nagminnym zjawiskiem może dać tylko kompleksowe traktowanie sprawy, albo integracja sił poszkodowanych. SKM deklaruje w tym miejscu swoją współpracę z zachowaniem obowiązujących przepisów prawa.
2. Uważamy, że korzystne powinno być nagłośnienie - groźba dla sprawców (w tym potencjalnych) przypisania wszystkich strat - kosztów remontów - powinna dobrze odstraszać. Z dotychczasowej praktyki SKM można stwierdzić, że zainteresowanie okazywane nieletnim i młodym sprawcom dewastacji, nawet bez sądowego udowodnienia winy, powoduje powstrzymanie działalności przestępczej. Przeciwna praktyka, zwłaszcza brak zobowiązania do naprawienia szkody w postanowieniach sądów powoduje, że sprawcy jak i rodzice nieletnich sprawców uważają sprawę za całkowicie rozliczoną, jak i że sąd "wyręczył" rodziców w kolejnej, niełatwej lekcji wychowania młodego człowieka
i obywatela. W przypadkach, gdy sprawcy naprawiają szkody, recydywa pojawia się bardzo rzadko.
3. Należy rozdzielić graffiti, które powstaje legalnie, na przykład w takich miejscach jak wiadukt "Błędnik" ... naprzeciw budynku dyrekcji kolejowej, od "znaczenia terenu", z którym mamy miejsce niestety na co dzień i które po serii postanowień Sądu Rejonowego w Gdyni mamy prawo traktować jako dewastacje. W swoich postanowieniach Sąd zauważył m.in., że "...umieszczenie graffiti na cudzej rzeczy z reguły będzie uszkodzeniem tej rzeczy" oraz że "...czyn taki jest społecznie szkodliwy w stopniu wyższym niż znikomy. (...) sprawca (graffiti) dopuszcza się przestępstwa określonego w art. 288§1 k.k., albowiem umyślnie realizuje znamiona czynu zabronionego z art 288§ 1 k.k."
4. Z przykrością należy jednak zauważyć, że organa ścigania, być może dla poprawienia swoich wyników w statystykach, nadal ulgowo kwalifikują opisywane dewastacje jako "naniesienie napisu", lub zaliczając w straty tylko koszty materiałowe. Takie postępowanie, jak i odwlekanie w czasie kwestii naprawienia szkody jest zapewne przyczyną potocznej opinii, że sprawcom, zwłaszcza nieletnim, "... i tak nic nie zrobią", a pomoc przewoźnikowi, jakim jest SKM, lub organom ścigania ze strony naszych pasażerów należy do bardzo rzadkich przypadków, mimo licznych nalepek z telefonami alarmowymi i prośbą o pomoc.

Na podobnej do trójmiejskiej SKM szwajcarskiej kolei BLS, obsługującej m.in. kilka linii podmiejskich wokół Berna, do wiadomości podróżnych podaje się, że na danej linii nie spotkają konduktorów, a wagony (przypominające składy SKM i wyprodukowane w podobnych latach), są oznaczone nalepkami z rysunkiem oka i napisem "Autokontrola". Krótkie dopasowanie tego pomysłu do realiów Trójmiasta nie wygląda zachęcająco: nie tylko, że spadłyby wpływy do kasy SKM, ale ile pociągów w ogóle by nie dojeżdżało do końca trasy!?
W tym roku Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Pytanie o to, kiedy wreszcie jako SKM osiągniemy europejski standard, wydaje się być kierowane nie tylko do nas... Przykłady ze zmodernizowanym taborem i świeżo odnowionymi tunelami mówią same za siebie.
W imieniu PKP SKM w Trójmieście Sp. z o.o. prosimy wszystkich odbiorców niniejszego dokumentu o współpracę i, w miarę swoich możliwości, o pomoc w kierowaniu pociągów SKM na tory, które powiodą nie w stronę slumsów Nowego Jorku, lecz ku najlepszym przykładom pochodzącym z Naszego Kontynentu.

źródło: SKM O3 - 0604-2/04
Aktualizacja: sierpień 2004

 
  Szwajcarski artysta postawił pawilon na bazarku na Saskiej Kępie
 

Artysta Thomas Hirschhorn pokazuje niezwykłe dzieła w nietypowych miejscach. Na rogu ulic Afrykańskiej i Egipskiej ustawił wczoraj "Przystanek, gdzie sortuje się rzeźby"

Tekst: Agnieszka Kowalska

Biedny bazarek na skraju Saskiej Kępy. Tu czas się zatrzymał. Pośrodku placyku stoi pawilon handlowy pamiętający czasy PRL-u, oblepiony plastikowymi
i blaszanymi budkami. Nie wygląda to dobrze. Ponury efekt wzmagają jeszcze kałuże po padającym niedawno ulewnym deszczu.

Na tym tle pawilon postawiony tu przez szwajcarskiego artystę Thomasa Hirschhorna
z pozoru nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przypomina bazarowe budki, jest może odrobinę większy. I gdyby nie był ulokowany między autobusowym przystankiem i bazarkiem, pewnie wielu mieszkańców tej okolicy w ogóle by go nie zauważyło.

Zbudowany jest z "biednych" materiałów - tektury, pleksi i folii - sklejonych zwykłą taśmą. Nie można wejść do środka, ale jedynie obejrzeć
z zewnątrz zaaranżowane z pietyzmem witryny.
Tu wszystko jest tandetne - puchary z kartonu
i folii aluminiowej, reprodukcje z albumów naklejone na styropian, niezdarnie złożona makieta budynku.

Przechodnie oglądają tę miniwystawę z dużym zainteresowaniem. Choć nie wiedzą, o co chodzi.
- To na sprzedaż? - zdziwił się wczoraj starszy pan wracający z bazarku z siatką zakupów.
- Ale kto to kupi?

- Cieszę się z tych reakcji zwykłych ludzi
- mówi Thomas Hirschhorn, który ze swoją sztuką coraz częściej wychodzi w miasto, w jego biedne rejony.

- "Skulptur-Sortier-Station" to praca, w której autor po swojemu sortuje historię współczesnej rzeźby - opowiada Andrzej Przywara, kurator
z Fundacji Galerii Foksal, która zorganizowała wystawę. - To nowa propozycja przestrzeni wystawienniczej przygotowana poza tradycyjnymi muzeami, bliższa zwyczajnym odbiorcom.

Wystawę "Skulptur-Sortier-Station" można oglądać na rogu ulic Afrykańskiej i Egipskiej
do 30 listopada.

 

Co można zobaczyć w witrynach?

- Puchary wycięte z tektury, oklejone srebrną folią, eksponowane jak w klubach sportowych
- nawiązują do ciągle obecnego we współczesnym świecie ducha rywalizacji i potrzeby zwycięstwa;

- Wymyślone przez Hirschhorna nagrody im. Roberta Walsera i Emmanuela Bove - hołd oddany jego ulubionym pisarzom;

- Na ekranie telewizora - rzeźba Otto Freundlicha "Ascension" z 1925 r., sfilmowana w Pontoise
- to symbol ofiar totalitaryzmu; prace Freundlicha zostały zniszczone przez nazistów, a sam artysta zginął w Majdanku;

- Kolekcja rzeźb - a raczej ich tandetnych reprodukcji;

- Model architektoniczny Kunsthalle - galerii,
w której artysta umieścił swoje rzeźby;

- Znaki firmowe Mercedesa, Chanel, Volkswagena
i pacyfy - komercyjne marki zestawione z symbolem "politycznym" lat 60.;

- Rekonstrukcja rzeźby Rudolfa Haizmanna - znanej tylko z dokumentacji fotograficznej, wystawianej
w Monachium w 1937 r. na wystawie "Sztuka Zdegenerowana".

Thomas Hirschhorn urodził się w 1957 r. w Bernie
w Szwajcarii, od 1984 r. mieszka i pracuje w Paryżu. Znany jest jako autor rzeźb wykonanych
z najprostszych, "biednych" materiałów, np. papieru, folii, taśmy klejącej. Widać w nich też rękę grafika (Hirschhorn odebrał graficzne wykształcenie). Lubi konfrontować swoją sztukę ze zwyczajnym odbiorcą, nienawykłym do oglądania wystaw w muzeach. Tworzył już w przestrzeni miejskiej kioski, fawele, ołtarze poświęcone swoim bohaterom - Pietowi Mondrianowi, Otto Freundlichowi, Raymondowi Carverowi. W ramach Documenta 11 ustawił w Kassel niekonwencjonalny pomnik ku czci francuskiego pisarza Georges'a Bataille'a, który rozprzestrzenił się po całym osiedlu.

Projekt "Skulptur-Sortier-Station" zrealizował po raz pierwszy w 1997 r. w Monachium. Pracę kupiło do swojej kolekcji Centrum Pompidou. Ostatnio pokazywana była w 2000 r. przy stacji metra Stalingrad w Paryżu.

źródło: gazeta wyborcza

 
  Street Art
 

Street Art to zjawisko całkowicie nowe, nieopisane, niezbadane i, co najważniejsze, nieobecne w historii sztuki. Powód takiego stanu rzeczy jest prosty - nie wiadomo, czy Street Art można określić mianem tzw. .

Tekst: Jakub Banasiak

Street Art nie istnieje w świadomości galerników
i historyków sztuki, ale powoli zaczyna się to zmieniać. Pionierzy, którzy debiutowali około roku 1998, mają indywidualne wystawy od Berlina po Tokio. Ich prace zaczynają objawiać się w tradycyjnej formie - obrazów, rzeźb i instalacji. Tak więc jest to egzystencja na obrzeżach życia artystycznego, ale tylko pozornie. Sztuka ta wkrótce z pewnością zostanie ,
co pozostaje tylko kwestią czasu. Dodatkowy brak naukowej Literatury spycha automatycznie Street Art na peryferia historii sztuki.
Kolejnym problemem jest tu wynikająca z nielegalnego charakteru tej artystycznej dzialalności. Nielegalnej, ale oczywiście do momentu uznania danego artysty. Jeśli jednak wciągnąć Street Art w dyskurs
o sztuce (tej legalnej) w przestrzeniach miejskich dojść można do ciekawych wniosków - być może takie anarchistyczne działania są istotą owej sztuki przeznaczonej dla mieszkańców metropolii i zarazem dowodem na niemożność zadowolenia wszystkich ze względu na kontrowersyjność wyboru danych prac oraz miejsca ich rozmieszczenia. Często dzieła publiczne sycą gusty jedynie wykształconej części społeczeństwa, dla reszty pozostając np. , co gorsza - kupą stworzoną za wspólne pieniądze podatników.
Street Art jest zatem zjawiskiem całkowicie nowym i niezrozumiałym tylko dla nas, mieszkańców Europy Wschodniej. Na Zachodzie z ulic na salony trafiało wielu twórców, a dyskurs o tym, czy Graffiti może być sztuką trwa nieprzerwanie od lat 80-tych. Wszystko to oczywiście za sprawą Jean - Michel'a Basquiata, który z buntownika przeciwko
tzw. mainstream1 owi, szybko stal się jego przedstawicielem. W Polsce podobną, choć nie
aż tak radykalną, drogę przeszla grupa Twożywo. Street Art to nurt, który zdaje się być naj-większym i najświeższym przejawem artystycznej dzialalności mlodych ludzi z wielkich miast od czasu Graffiti. 3eśli jednak Graffiti można porównać do dziecka, które nie wiedzialo po co (oprócz instynktownego buntu) to robi, o tyle Street X\rt jest tego dziecka naturalną ewolucją, dojrzalszym jego przejawem.

Graffiti, które od lat 70-tych i podpisu TAKI 183, (w 1971 roku, kiedy to Taki, a w rzeczy
wistości grecki kurier Demitrius, udzielil wywiadu gazecie New York Times, rozpocząl się boom
na Graffiti) do dziś obecne jest na miejskich murach, nigdy nie jako sztuka,
pozostając elementem kultury hiphopowej. Kiedy
o Graffiti mówią nie jego twórcy, lecz
wszelkiej maści (psycholodzy, antropolodzy kultury, socjolodzy, anima
torzy kultury w biednych dzielnicach, kuratorzy sądowi, wladze miejskie i policja), wnioski
są zawsze takie same: Graffiti jest nielegalne, ale ma wiele zalet, które nad ową nielegalnościąprzeważają. Są to jednak zalety raczej o charakterze spolecznym niż artystycznym. Mówisię więc o alternatywie wobec narkotyków, gangów etc. Jednak Graffiti - także posiadająceswoje style, mistrzów, wystawy, festiwale i szereg prac teoretycznych, dowodzących jego walorów artystycznych - ewidentnie wygasa
i nie ma już w swoim, zbyt wąskim zakresie,
nic nowego do pokazania. 3ednak każdy twórca Graffiti powie, że nie o sztukę tu chodzi.
Najważniejsze jest to, że Graffiti nigdy nie mialo stricte artystycznych ambicji. Ludzi z zewnątrz zawsze razić będzie wlaśnie jego wtórność i powtarzalność. Zresztą za
symboliczny koniec Graffiti można uznać aukcję związaną z tym nurtem, która odbyla się
w Nowym Jorku w 2001. Powodzeniem cieszyly się jedynie prace Basquiata (nie kupiono na
przyklad tablicy ze stacji metra z podpisem TAKI 183) i to właśnie on jest jednym z najważniejszych protoplastów Street Art u. Zaczynał na ulicy
- podpisywał się jako SAMO. Jego wczesne,
z pierwszej polowy lat 80-tych były rozkradane z ulic i sprzedawane za duże pieniądze. Kariera Basquiata jest w zasadzie skondensowanym przykładem drogi, jaką obecnie przechodzi Street Art - od wandala (w oczach władz i tzw. ) do wielkiego artysty, znanego z podręczników historii sztuki.
Drugim elementem, pośrednim Street Artu jest sztuka w przestrzeniach miejskich. W Europie i USA ta właśnie gałąź sztuki stalą się nieświadomie filtrem, który pozwolił
i odbierać Graffiti i wszelkie miejskie akcje artystyczne już nie jako wandalizm, lecz jako sztukę. Sztuka publiczna przyzwyczaiła mieszkańców metropolii, że na każdym kroku czaić się może absurdalna rzeźba, pomnik, instalacja świetlna, czy wyzute ze swojej pierwotnej funkcji powiększone, czy też zmultiplikowane przedmioty codziennego użytku. W Polsce i innych krajach Bloku Wschodniego z wiadomych przyczyn jedynym śladem sztuki obecnej na ulicach - oprócz propagandowych i martyrologicznych pomników
- są szablony. Były też ulotki,
ale te są - ze swej natury - ulotne. Ich obecność podyktowana była jednak niemożnością wygłaszania publicznie swoich poglądów, a nie artystycznym konceptem. Choć często ocierały się o pure nonsensowy humor (Tot - Art), miały być raczej antidotum na otaczającaą szarzyznę, a nie tzw. .
Ze względu na nielegalny charakter swojej działalności twórcy Street Artu posługują się pseudonimami. Jednym z najbardziej uznanych artystów Street Artu jest Space Invader z Francji. Jego prace obecne są niemal na całym globie.
Idea podróżowania i zostawiania świadectw swej obecności jest dla Street Art u typowa
i zapoczątkowana przez tzw. Tours Grafficiarzy. Space Invader zaczerpnął ideę swoich prac
ze starej gry komputerowej o tym samym tytule. Oznacza on inwazję kosmosu, jednak jako gra słów, którą artysta wykorzystał - także inwazje na przestrzenie (w domyśle - oczywiście miejskie). Prace Space Invader'a to kolorowe mozaiki umieszczane w tejże przestrzeni wielkich
i mniejszych miast. Technika jest więc znana
od dawna, jednak koncept - zagospodarowanie przestrzeni miejskich na własny użytek, ale także ich upiększenie - jest całkowicie nowy. Space Invader jest reprezentantem najbardziej pojemnej chyba szufladki Street Artu: jest najbliżej sztuki, kładącej nacisk na koncept. Nie interesuje go jakakolwiek walka z systemem, mediami, i reklamą, jest po prostu nastawiony na robienie sztuki. Zupełnie nie przeszkadza mu, że jest na topie, co w przypadku artystów ulicy nie jest takie oczywiste. Space Invader od kilku lat przeżywa stale narastającą inwazję mediów
i kuratorów. Jest najbardziej znanym artystą Street Art' u, który zaczynał na ulicy, a skończył w galerii. Dziś ma za sobą dziesiątki wystaw indywidualnych i zbiorowych. Przeprowadzono z nim setki wywiadów, być może niedługo stanie się
w pewien sposób elitarny, snobistyczny. Na pewno jest już rozpoznawalny. Sześć lat po ulicznym debiucie tworzy Pejzaże Binarne - obrazy składające się z małych płytek. Jego charakterystyczny ludzik jest rozpoznawalnym symbolem. Dla przykładu, Space Invader w Paryżu umieścił blisko 400 mozaik, w Londynie 50,
w Amsterdamie 26, w Los Angeles 65, a liczba ta stale rośnie i obejmuje blisko dwadzieścia krajów całego świata. Zapraszano go między innymi do Japonii, Hong Kongu, Holandii, Anglii, Szwajcarii, Hiszpanii, oczywiście zjeździł ze swoimi dziełami także całą Francję. Jednak wystawy, w których uczestniczył Space Invader są w przeważającej mierze małymi wystawami lokalnymi. Mają charakter niewielkich przedsięwzięć - daleko im do ekspozycji misternie zaplanowanych i równie misternie promowanych. Najczęściej są to grupowe prezentacje .

Nurt niezaangażowany Street - Artu przeniknął więc do mainstreamu bezboleśnie. Dzięki uznaniu artyści pokroju Space Invader' a mogą spokojnie tworzyć, rozwijać się i udowadniać, że zwrócenie na nich uwagi nie było podyktowane chwilową modą.
Na pytanie o przesłanie swojej sztuki Space Invader odpowiedział: "nie mam żadnego przesłania, moim przesłaniem jest proces" (www.modmedia.com). To może służyć za motto: liczy się sam fakt działania, samo tworzenie. Space Invader podobnie do Basquiata przeniknął do oficjalnej sztuki. Jego dzieła są dziś bardzo drogie. Jest to problem,
z którym każdy niezależny artysta będzie musiał się zmierzyć. Szczególnie dzisiaj, kiedy branża reklamowa śledzi styl życia młodych ludzi w sposób wręcz zadziwiający i zdaje sobie sprawę, że to co modne jest dzisiaj brudne, uliczne, undergroundowe - a najlepiej żeby było niemodne.

 

Artyści tacy jak Space Invader znoszą jednak ten paradoks dobrze, nigdy nie głosili swoimi pracami niechęci do mainstreamu. Zdają się mówić: jesteśmy świetni, jesteśmy tego świadomi, doceniono nas, ale nasze to ulica. Bawi nas to, co robimy, nie zabiegaliśmy o sławę, lecz skoro sama przyszła, nie ma potrzeby jej odrzucać.Problem ten dotyczy również największego obrazoburcy Anglii, artysty o pseudonimie Banksy. Jest przedstawicielem drugiego nurtu w Sreet Arcie, który wyodrębniłem - zaangażowanego społecznie
i politycznie. Żaden temat nie stanowi dla niego tabu. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat w Anglii zorganizowano na niego swego rodzaju społeczną nagonkę. Wśród Anglików zapanowało zdziwienie,
że wandal może być uznanym artystą. Krytykując system niesprawiedliwości konsumpcyjnego, zdziczałego kapitalizmu i polityki z pod znaku Busha Juniora jest na wskroś niezależny, zresztą ową niezależność wszem i wobec
podkreśla.

Jednak teraz - w 2003 roku, gdy otworzył swoją wystawę indywidualną (nie zjawiając się
zresztą na wernisażu w obawie przed aresztowaniem), a agencje reklamowe chcą kupić jego modny już design - ma problem. Stał się tym, z kogo szydził: modnym artystą, którego
sztukę odbierają wszyscy i bynajmniej nie myślą
o jej przestaniu, lecz o tym jak ją sprzedać.
Prawdopodobnie ma na to również wpływ swego rodzaju panująca w angielskim świecie sztuki, w którym trudno dziś zszokować widza. Banksy zaprojektował (maj 2003) okładkę płyty jednej z gwiazd Brit Popu - Biur. Odrzucił jednak propozycje Microsoftu, Coca- Coli i Nike' a. Dziennikarz The Guardian' a jako jedyny przedstawiciel mediów w najgłębszej konspiracji przeprowadził z nim wywiad. Banksy zamieścił na swojej stronie autentycznt autentyczny dziennik więźnia obozu koncentracyjnego sugeruąc, że nie spodób pisać dziś wydumane artystyczne manifesty, kiedy dookła dziei się tyle zła, znieczulice jest wprost porpocjonalna do wzrostu konsumpcji. Dziś sam musi sobie z ową konsumpcją poradzić. Jest fenomenem światowej sceny artystycznej. Nie pokazuje twarzy i nie udziela wywiadów, nie uruchomił całej medialnej machiny promocji,
a stworzył w sztuce nową jakość. BBC zawyrokowało: "estetycznie doskonałe". Banksy wydal już dwie książki (55 tysięcy sprzedanych egzemplarzy
w samej tytko Anglii), w których o pisuje swoją artystyczną drogę.
Banksy od słowa brand (marka) ukuł pojęcie Brandaiism. Potępia nim konsumpcję
i bezrefleksyjność współczesnego mieszkańca krajów zachodnich (pisze o tym na swojej stronie internatowej). Jednak on sam stworzył markę,
i to taką, o która zabiegają elity. Kolekcjonerom pozostanie Banksiego, gdyż on sam ukrywa się i na razie zamierza nigdzie . Posiadanie jego pracy to wystarczający powód,
by być trendy. Brandaiism wywodzi się także
od wandalizmu, choć Bansky twierdzi,
że przewartościował to słowo i ma teraz ono pozytywny oddźwięk. Ludzie lubią Banksiego
tak bardzo, jak nie lubią władzy, rządzących, ustalających przepisy etc. Bansky to gwiazda nowego typu: jego dzieła powstają nielegalnie,
a on sam ukrywa się niczym ostatni sprawiedliwy. Ciekawe jak potoczy się ta nietypowa kariera
- czy Banksy zachowa podziemny status, czy niczym wszyscy buntownicy sztujki od Realistów poczynając, a na Young British Artists kończąc, zostanie bywalcem salonów. Już planuje swoje odwiedziny w USA Japonii i Ameryce Południowej,
a tam, za pieniądze zarobione na okładce zespołu Biur, zamierza nielegalnie stawiać rzeźby ż brązu. W Anglii stoją już dwie.
Street Art to takie twórczość ograniczająca się
do czystej bezrefleksyjnej zabawy i komercji. Bezpośrednio wpływa to na pozytywny wizerunek artystów ulicy u władz i popularyzację tej formy sztuki. Najlepszym przykładem jest międzynarodowa grupa The London Police, (TLP) działająca w Amsterdamie. Wątpliwe artystycznie prace stały
się symbolem najbardziej liberalnego miasta świata, szczególnie jego populacji przed 30-tym rokiem życia.
Po doświadczeniach POP ART-u w sposobie myślenia
o sztuce, w dobie społeczeństwa kupującego, a nie kontemplującego, nie można nie zaakceptować komercyjnego charakteru sztuki. Dziś sztuką staje się (celowo nie piszę jest) - to, co kupowane, znane i wystawianej a takie są właśnie prace TLP. Wszystko zaczęło się w 1998 roku, kiedy to władze miasta pokryły skrzynia z instalacjami elektrycznymi białym papierem. Wymarzone "płótno"! Z czasem TLP rozprzestrzenili się na inne podłoża (mury, billboardy), a nawet trafili do galerii. Główne założenie ich ulicznej działalności to: "Zabawa i energia". Ciekawość, jak daleko możemy posunąć się z naszymi pomysłami. Nasza działalność ma na celu stworzenie wolnej galerii prac. Pojawiamy się w przestrzeni reklamowej nic nie sprzedając"1. Otóż okazalo się, że sprzedają
i to niemało. Nie odmówili również stacji BBC zrobienia o sobie programu. Na stronie internetowej sprzedają gadżety z popularnym, wylansowanym przez siebie ludzikiem. Ich prace
są kolorowe, Ładne i bezpretensjonalne. Z drugiej strony jednak ten sam ludzik jest stale obecny
w europejskich galeriach i zdaje się przenikać do świadomości ludzi interesujących się sztuką. Zresztą, Łatwo rozpoznawalne, wykorzystujące jednego , czy regule prace zawsze są lepiej przyswajane przez publiczność. Tak więc, TLP są pomostem pomiędzy nielegalnością i buntem Street Art u oraz legalnym światem sztuki popularnej. Oczywiście trudno nie zauważyć, że szeroką aprobatę mediów, władz miejskich i galerii zdobyli ci, którzy tworzą sztukę płytką, mająca rozbawić oglądającego, a swoje twarze pokazują równie chętnie, co prace.
W obrębie Street Artu mieszczą się jeszcze inne działania, będące działalnością bardziej , niż artystyczną. Myślę tu przede wszystkim o przerabianiu i wszelkiego rodzaju reklam. Jest to reakcja na wszechobecną nachalną, tandetną promocję
i bezsilność wobec jej oddziaływania. Ten temat jest jednak zbyt złożony, by teraz o nim wspominać. Jej pokłosiem są legalne działania artystów znanych z Galerii Zewnętrznej AMS, czy akcji Billboart, która to inicjatywa powstała
w wyniku forum w Akademii Sztuk Pięknych
w Bratysławie, poświęconego nowej sztuce publicznej (projekt zaczai się w sierpniu 2003
i trwa nadal). Warto zastanowić się, które z nich są bardziej wiarygodne: te robione przy akceptacji władz i często z udziałem sponsorów, czy te nielegalne, tworzone w nocy... Na Zachodzie
i tą działalność młodych ludzi szybko wytropili właściciele agencji reklamowych i można już zobaczyć reklamy przerobione i zniszczone ... Street Art. jawi się wiec jako pierwszy prężny, globalny i stale rozwijający się ruch artystyczny końca XX i początku XXI wieku. Powoli zaczyna przenikać do oficjalnych struktur związanych ze sztuką i jest kolejnym krokiem
w przełamywaniu artystycznych tabu. Talentów szuka się dziś nawet na ulicy - jak się okazuje z dużym powodzeniem. Łamanie prawa nie jest w żadnym razie barierą w uprawiania sztuki, wręcz przeciwnie
- jest jego zaletą.

Z ostatniej chwili:
Wartą 25 000 Funtów rzeźbę Banksego ukradziono
z jednej z głównych londyńskich ulic.....
Porywacz (a może sam Banksy...) żąda tylko 5000 funtów okupu.... W Mediolanie trwa trzytygodniowy ogólnoświatowy festiwal związany z szeroko pojętą Sztuką Ulicy - Underground Now.

Strony WWW godne polecenia:
www.ekosystem.org - wszyscy najważniejsi tu są.
Po linkach dotrzesz
wszędzie. Dużo przeciętności, trzeba wyłuskać perełki. Podstawa.
www.space-invaders.com - wystawy, prace, komentarze
www.banksy.co.uk - oficjalna strona artyty.
www.eltono.com - jeden z tuzów Street Art' u, stale obecny w galeriach.
Niestety zabrakło dla niego miejsca w artykule.
www.thelondonpolice.com
www.faile.net - trzy osoby, jeden projekt.
www.obeygiant.com - żywa legenda, jeden
z pionierów; teraz jego prace widać nawet w teledyskach...........
www.akayism.org - ciekawy artysta.
vivastak.fr.st - bardzo ciekawy artysta
(i bardzo dziś znany).
hnteuropa.free.fr - bardzo interesujący projekt,
i bardzo "artystyczny"
flu01.com - zaangażowane, z pomysłem.
aouw.org - antywojenna międzymiastowa gra.

źródło: sekcja

skomentuj tekst na forum

 
  Żywy obraz Papieża w Brazylii
 

Zbliża się otwarcie Biennale Sztuki w Sao Paulo.
Z udziałem 3,5 tyś. statystów, brazylijskich żołnierzy, Piotr Uklański ułożył wielki portret Papieża. Akcja odbywała się w Rio de Janeiro.

Tekst: Monika Małkowska
Zdjęcie: Rzeczpospolita

Zdjęcie o powierzchni 23 metrów kwadratowych dokumentujące tę akcję zostanie pokazane na 26. Biennale Sztuki w Sao Paulo w Brazylii, międzynarodowej wystawie sztuki współczesnej, która rozpoczyna się w sobotę. - Taką wystawą, jaką jest międzynarodowe biennale gdzie każdy kraj ma swoją reprezentację, rządzi pewien mechanizm - tłumaczy Piotr Uklański - Otóż tutaj pokazuje się to, co każdy kraj ma do zaproponowania najbardziej oryginalnego, spojrzenie najbardziej odmienne. Ja spróbowałem postąpić w odwrotny sposób. Pokazałem to, co dla Polski najbardziej typowe, a jednocześnie najbardziej powszechne i na świecie znane. To, co jest jej symbolem - wizerunek Papieża. - Do portretu statystowali żołnierze brazylijscy. Obszar twarzy Papieża to ci, którzy zdjęli koszulki, a nakrycie głowy i kołnierz to ci, którzy zostali w białych koszulkach. Ludzie w Brazylii mają ciemniejszą skórę niż w Polsce. Gdybyśmy taki obraz ułożyli w Polsce, twarz Papieża byłaby biała. Zmiana nastąpiła w sposób naturalny, wynikła z kontekstu. Ale tutaj, W Brazylii, ludzie bardziej reagują na to, że do portretu statystowali żołnierze. Wojsko w Brazylii ma złe konotacje, jest symbolem dyktatury, a Papież jest symbolem pokoju. Dlatego to się podoba. Dla mnie ten obraz jest pomiędzy sacrum a profanum, nie jest ani uświęceniem, ani profanacją, ale zdaję sobie sprawę, że ludzie odbierają go jako uświęcenie, bo samo powielanie jest uświęceniem - powiedział Uklański.

 

- To jest odpowiedź na tytuł tegorocznego biennale, "Przemytnicy obrazów na wolnym terytorium" - mówi Anda Rottenberg, kurator polskiego udziału w biennale w Sao Paulo. - To praca na temat współczesnych operacji na wizerunku, na temat tego, co od czasów Warhola jest najżywszym problemem sztuki współczesnej, czyli jej dialogu z mass mediami. To przemyt obrazu z jednego terytorium kulturowego do drugiego oraz z jednej techniki do drugiej. Metoda tworzenia żywych obrazów, organizowania masowych spektakli, została przeniesiona na terytorium sztuki. Praca została tutaj odebrana entuzjastycznie. Uklański stał się najbardziej znanym polskim artystą w Brazylii.
Biennale w Sao Paulo to jedna z trzech, obok biennale w Wenecji i wystawy Documenta w Kassel, cyklicznych, zbiorowych przeglądów sztuki na świecie. Organizowane jest od 1951 roku. Odbywa się w modernistycznym pawilonie Ibirapuera zbudowanym przez Oscara Niemayera i składa się z dwóch części. Jedną są pokazy sztuki z 55 uczestniczących w biennale krajów, między innymi z Polski. Drugą część stanowi międzynarodowa wystawa, do której twórców zapraszał dyrektor artystyczny imprezy, niemiecki krytyk Alfons Hug. W wystawie bierze udział 80 osób z całego świata, w tym dwóch młodych artystów z Polski - malarz Wilhelm Sasnal i fotograf Krzysztof Zieliński. W ramach wystawy specjalna sekcja poświęcona będzie afrykańskiej fotografii.

Biennale potrwa do 19 grudnia. Polska uczestniczy w imprezie od 1959 r. Dwa lata temu Polskę reprezentowała Katarzyna Kozyra, cztery lata temu - Mirosław Bałka. Piotr Uklański (ur. 1968) jest jednym z najbardziej znanych polskich artystów na świecie, do końca sierpnia trwała jego indywidualna wystawa w Kunsthalle w Bazylei.

źródło: rzeczpospolita

skomentuj tekst na forum

 
  Pamięć Ulsteru
 

Murale są wizytówką takich miast Irlandii Północnej jak Belfast czy Derry, przez zwolenników Korony Brytyjskiej nazywanego Londonderry. Być może przypisanie tym malowidłom znaczenia reprezentacyjnego jest głównie zasługą mediów, niemniej kryją w sobie coś jeszcze. Oprócz tła do reportażu, dokumentu czy też innej sztuki dziennikarskiej służą przede wszystkim ludzkiej pamięci. Symboliczne obrazy przechowują historię danych miejsc, odżegnując się od prostych analiz
i jednoznacznych interpretacji.

Tekst i zdjęcia: Zuzanna Konarska

Tradycja zapełniania fasad, ścian domów malunkami o społecznym wydźwięku sięga lat 20. XX wieku. Diego Rivera, malarz meksykański, skądinąd znany również jako mąż Fridy Kahlo, stosował tę technikę plastyczną przez cały okres swej twórczości. Monumentalne malowidła ścienne powstawały zwłaszcza na ścianach gmachów użyteczności publicznej. Murale meksykańskie przedstawiały sceny z czasów prekolumbijskich, nowożytnych. Często nawiązywały do mitów, rytuałów, niekiedy świąt ludowych.
Źródłosłów słowa mural pochodzi z języka hiszpańskiego i oznacza po prostu mur. Tym samym, można już teraz dostrzec, w jakim kierunku zaczęły rozwijać się tworzone obrazy. Lata od 1921 do 1955 odznaczyły się w Meksyku wieloma zawirowaniami, zarówno społecznymi, jak i kulturowymi. Zadaniem artystów było uchwycenie specyfiki zmieniających się czasów i wydobycie z nich tych wszystkich kwestii, które pozwolą przyszłym pokoleniom zachować świadomość minionej epoki. Zatem charakter edukacyjny i patriotyczny jest na stałe wpisany w tę formę artystyczną.
Tak jak obrazy meksykańskie wymagają dopełnienia historycznego, tak też ścienne rysunki w mieście nad rzeką Foyle nie mogą pozostać bez komentarza
i istotnego dla ich zrozumienia zaplecza kulturowo-politycznego. O ile lata dwudzieste na kontynencie Ameryki Środkowej zapoczątkowały rozkwit nowej formuły artystycznej, o tyle przełomową datą w sztuce Irlandii Północnej był 1968. Koniec tego roku i początek 1969 przyniósł zaostrzenie konfliktu pomiędzy protestantami, działającymi na rzecz utrzymania swojego uprzywilejowanego statusu w tej brytyjskiej prowincji a katolikami, domagającymi się sprawiedliwego i równego traktowania. Demonstracje pokojowe, organizowane przez katolików spotykały się z wrogością prezbiterian i anglikanów.
Jednym z najtragiczniejszych dni konfliktu
w Irlandii Północnej był 30 stycznia 1972r., który do historii przeszedł pod nazwą Krwawej Niedzieli (Bloody Sunday). Wówczas to, podczas pokojowego marszu z rąk brytyjskich żołnierzy zginęło 14 niewinnych ofiar. Te wydarzenia uświadomiły ówczesnej opinii publicznej wagę problemu, z jakim na części obszaru dawnej krainy historycznej o nazwie Ulster, przyszło zmagać się przez następne trzydzieści lat. Napięta sytuacja, wzmacniana jeszcze brakiem tolerancji po obydwu stronach sprawiła, że artyści północno-irlandzcy nie mogli czuć się obojętni wobec zaistniałych wydarzeń. Tym samym naturalna granica w Derry, rzeka Foyle, rozdzieliła dwie enklawy wzajemnie zwalczających się wspólnot religijnych. Na lewym brzegu, w katolickiej dzielnicy Bogside narodziła się jedna grupa artystów, podczas gdy prawa strona rzeki należała do protestanckich twórców z Waterside.
Wizyta w Derry uzmysłowiła mi, jak nietrwałym zjawiskiem na świecie jest pokój. Okrutnym paradoksem staje się świadomość, że ci, którzy walczyli w latach siedemdziesiątych XX wieku
o przywrócenie sprawiedliwego porządku społecznego, własne starania o lepszą przyszłość przypłacili życiem. "Historio, historio, ty żarłoczny micie, co dla ciebie znaczy jedno ludzkie życie?" Civil Rights Association, to jedno z wielu haseł, jakie widnieją na muralach na Rosville Street w Derry. Tak brzmiała nazwa organizacji działającej na rzecz obrony praw obywatelskich w Irlandii Północnej. Przypomniane tutaj informacje historyczne są niezwykle istotne dla poprawnego odbioru treści murali, zaś wspomniane wydarzenia są swego rodzaju punktami zwrotnymi w historii tej prowincji. Moc ulicznych malowideł tkwi przede wszystkim w ich ekspresji wyrazu. Sprawy lokalne stają się globalnymi
i nie czynią ludzi obojętnymi na zło świata.

Bogside
W katolickiej dzielnicy Bogside na Rossviłle Street i William Street 30 stycznia 1972 roku odbył się marsz pokojowy na rzecz odzyskania praw obywatelskich. "Był piękny zimowy dzień. Powietrze było ostre, ale nie dokuczało dotkliwe zimno. Kiedy przybyłem do Creggan Estate i rozmawiałem
z kilkoma spośród wybierających się na marsz osób, panowała atmosfera pikniku. Zebrało się około dwudziestu tysięcy ludzi; wszyscy byli w doskonałym nastroju. Oczekiwaliśmy, że nie zdołamy dotrzeć do celu naszego marszu, to znaczy do ratusza w Derry, znajdującego się w centrum miasta, ale nikt z nas nie przypuszczał, że nastąpią jakiekolwiek poważne kłopoty." (lvan Cooper, cyt. za: Międzynarodowy Przegląd Polityczny, nr 5, 2003-2004).
lvan Cooper, inicjator marszu pokojowego z 1972 roku, człowiek-legenda ruchu praw obywatelskich
i główny bohater filmu Paula Greengrassa "Krwawa Niedziela" pokazywał nam miejsca w Derry bezpośrednio związane z tragedią 30 stycznia. Wspominam tę nieprawdopodobną wycieczkę wzdłuż Rossville Street i William Street, niczym niezwykłą lekcję historii Irlandii Północnej. Jeśliby teraz przyjrzeć się tej opowieści pod kątem ulicznych malowideł, jasnym stanie się fakt, iż tak jak opowieść lvana Coopera miała przybliżyć nam zdarzenia sprzed ponad trzydziestu lat, tak murale w dzielnicy Bogside przypominają zwykłym przechodniom tragedię tamtych czasów.
W 1993 roku Tom Kelly i Kevin Hasson stali się głównymi propagatorami wskrzeszania sztuki malowania murali w Derry. Ich projekt, początkowo odbierany jako działanie propagandowe i podburzające opinię publiczną, zyskał sobie następnie rzeszę wielu zwolenników. Kiedy parę miesięcy później w centrum Derry/Londonderry,
w dzielnicy katolickiej został odsłonięty pierwszy obraz, społeczność północnoirlandzka w pełni zaakceptowała ten rodzaj artystycznego oddziaływania. Oczywiście głosy sprzeciwu pojawiały się jeszcze długo. Najczęstsze zarzuty padające pod adresem twórców z Bogside dotyczyły swoistej tendencyjności przedstawianych wydarzeń
i ich stereotypowego charakteru. Niemniej, pojawiające się głosy krytyki w niczym nie pokrzyżowały planów muralistów, lecz jeszcze silniej utwierdziły ich w przekonaniu, iż to,
co robią, nabiera środowiskowego wymiaru.
Głównym przesłaniem malowideł z Bogside jest
z pewnością uświadomienie politykom, możnym tego świata, a nawet Kościołowi, konsekwencji źle podjętych decyzji i chybionych działań. Począwszy od jednostkowej śmierci czternastoletniej dziewczynki, która zginęła od odłamka brytyjskiego naboju, skończywszy na 13 osobach zabitych w czasie Krwawej Niedzieli. Stąd też, najbardziej odpowiednią i przemawiającą formą plastyczną był mural. Społeczny obrazek o szokującej niekiedy treści zyskał miano swoistego apelu, zaś dla innych miał być przestrogą. Myślę, że nazwanie tych malowideł swego rodzaju sumieniem Derry nie będzie przesadzone. Pojawiające się na każdym kroku Rosville Street rysunki mogą też pełnić rolę symbolicznej drogi krzyżowej. Wyłaniające się zza kolejnych ścian malarskie zapisy przypominają tym samym poszczególne stacje męki Chrystusowej. Tylko, że do zmartwychwstania jeszcze ciągle bardzo daleko.
Oczywiście to zaledwie metafora, ale przestrzeń centralnych ulic w Derry doskonale wpisuje się
w to poetyckie porównanie. Te współczesne ikony zdarzeń i przypadków na Wiliam Street odsłaniają przed zwykłymi przechodniami, turystami obraz zupełnie innego miasta. Magdalena Tulli w "Snach
i kamieniach" pisała o pamięci przestrzeni na przykładzie Warszawy. Każdy kamień, skrawek ziemi to historia. Gdybyśmy nagle stanęli w jednym miejscu i mieli na uwadze nie tylko chwilę obecną, ale także świadomość wydarzeń minionych, to wtedy prostym zabiegiem byłoby odtworzenie sytuacji z tamtego czasu. Tę nieprawdopodobną możliwość w mieście "dębowych lasów", co oznacza nazwa Derry
w języku irlandzkim, dają właśnie murale.
Wybór ścian na przyszłe rejestry zdarzeń nie jest zupełnie przypadkowy. Zazwyczaj murale powstają na zwykłych domach, co czyni je jeszcze mocniej związanymi z miejscem, ale także i z ludźmi. Ta magiczna funkcja ulicznych obrazów dodaje im aspektu społeczno-twórczego. Za ich pośrednictwem tworzy się kultura wspominania, refleksji i wspólnej pamięci. "Murale są przedmiotem rozmów mieszkańców. Pozwalają przypomnieć czasy i wydarzenia minione. Tym samym, służą obiektywnemu przedstawianiu przeszłości, co ma bardzo pozytywne znaczenie, ale też są swego rodzaju głębokim oczyszczeniem". Zdaniem jednego z twórców murali tym, co sprawia, że chętnie przyjmowane są przez zwykłych ludzi, jest przede wszystkim ich niewiarygodne zespolenie z przeszłością. Są swoistym kluczem otwierającym historię Irlandii Północnej.

Symbolika murali z Bogside
Prawie machinalnie naciskam spust aparatu i robię zdjęcie za zdjęciem. Samochody z William Street jadą w kierunku Bogside, ja zaś przebiegam z jednej strony ulicy na drugą w nadziei, że następne ujęcie będzie bardziej przemawiające
i wyraziste. Nagle zatrzymuję się przed jednym
z murali. Na pierwszym planie widać 14-letnią Ann McGivigan, dziewczynkę ubraną w szkolny mundurek. Niby nic takiego, ale kiedy przyjrzeć się temu bliżej, łatwo dostrzec w głębi malowidła

 

chaotyczną przestrzeń. Porozbijane okna, poprzewracane krzesła tworzą swoistą barykadę,
a co za tym idzie, nieustanne pole walki. W dodatku, w bocznej części muralu namalowany został karabin z lufą, na szczęście, skierowaną ku ziemi, l choć, ta młoda osoba zginęła przypadkiem, postrzelona brytyjskim pociskiem, jej niezawiniona śmierć stała się plastyczną apoteozą pokoju. Fioletowy motyl to symbol ładu, porządku i przede wszystkim pokoju na świecie i znów ten sam stary temat od 1916 w twojej głowie, w twojej głowie oni wciąż jeszcze walczą." 9 ("lt's the same old theme since 1916, in your head, in your head the still fightin". Fragment piosenki "Zombie" zespołu "The Cranberries", 1994, słowa Dolores O'Riordan), mijam kolejny obraz a wraz z nim, w myślach powtarzam słowa piosenki. Być może dzieje się tak dlatego, gdyż niektóre ujęcia teledysku pochodzą właśnie z Derry, z Bogside Street. Chłopiec
w masce gazowej, trzymający w prawej dłoni butelkę
z benzyną czeka tylko na znak, aby wypuścić śmiertelną broń. Walczy w obronie Irlandii
i za Irlandię, o czym świadczy noszona przez niego odznaka na piersi, blisko serca. Przedstawia "Zieloną Wyspę", lecz nie tę znaną z przepięknych krajobrazów i sielskich dolinek, ale pełną napięć i wewnętrznych animozji. Palące się domy, a wśród nich przechodzący żołnierze Brytyjskiej Korony,
to tylko dopełnienie obrazu zniszczonego Derry. "Wchodzisz teraz do wolnego Derry" ("You arę nów entering free Derry") głosi napis w tle następnego malowidła. Młoda kobieta powtarza z megafonu słowa krzepiące jej rodaków. Prosi jednak, aby skończyć już tę uliczną bitwę zanim będzie za późno. Czas już wyjść z kanałów, zacząć nowe życie. Wokół tylko dymiące beczki i dawne barykady wypełniają przestrzeń Bogside. Serce bije mi coraz mocniej, emocje z każdym nowym muralem narastają, a to dopiero początek sztuki malowideł ulicznych
w Derry. Brakuje czasu na chwilę zadumy, gdyż już kolejne, niecierpliwe obrazy czekają aby i je zobaczyć. Dwa następne dotyczą już bezpośrednio wydarzeń Krwawej Niedzieli. Marsz na rzecz przywrócenia pełnych praw obywatelskich dla katolików odbył się przeszło trzydzieści lat temu, ale sugestywność malowideł pozwala odtworzyć to zapomniane wydarzenie z wszelkimi szczegółami. Pierwszy zabity z pokojowego pochodu jest niesiony przez przyjaciół. Obok nich stoi brytyjski żołnierz, niewzruszony tą niesprawiedliwą śmiercią. To dopiero pierwsza ofiara, zaraz na rogu Rosville i Will lam Street zginie dwanaście osób.Dwa, zupełnie niezwykłe malunki przykuły moją uwagę. Pierwszy, doskonale wrysowany w miejsce
i przestrzeń domu. Chłopiec z muralu, zdaje się stać na schodach, wyczekując na nadjeżdżający wojskowy wóz opancerzony. Tylko czy dzierżony przez niego kamień w dłoni wystarczy, aby zatrzymać rozpędzoną maszynę?
Kolejny obraz to symboliczny zapis wydarzeń strajku głodowego. Aresztowani więźniowie odziani w koce manifestują przeciwko armii brytyjskiej
i protestantom. Nie zgadzają się na podobne akty przemocy, odmawiając przy tym przyjmowania napojów i pokarmów. Znów umiera kilkanaście osób, tym razem przyczyną śmierci jest wycieńczenie
i wygłodzenie organizmu. Ze łzami w oczach wsiadam do samochodu. lvan Cooper zabiera nas do protestanckiej dzielnicy - Waterside.

Waterside
Wyjeżdżamy z centrum Derry. Strugi deszczu padają na szybę samochodu, zamazując obraz miasta. Przejeżdżamy przez most na rzece Foyle. Jesteśmy
w protestanckiej dzielnicy Waterside. Stare fabryki witają nas swoją pustką, zaś domy, które mijamy opatrzone są tabliczką "na sprzedaż". Zatrzymujemy się na Ebrington Street. Ulica ta pełna jest murali, lecz ich wydźwięk ma już nieco inną melodię. To już nie prośby o pokój, lecz protestanckie hasła głoszące wolność i pełne prawo anglikanów do Londonderry. Pomimo tego, że w 1978 roku uznano za oficjalną nazwę miasta - Derry,
to jednak przyzwyczajenie do brytyjskiego odpowiednika już na stałe towarzyszyć będzie mieszkańcom z Waterside. "To jest Londonderry!
Nie Derry! Nie poddamy się. Tutaj zostajemy." ("This is Londonderry! Not Derry! No surrender. Herę to stay." Napis na jednym z murali w części protestanckiej, podpisany przez UDA, czyli Stowarzyszenie Obrony Ulsteru).
Wysiadam z samochodu i czekam, aż grupa żołnierzy brytyjskich przejdzie z Emerson Street. Szybkim krokiem oddalają się do innej części dzielnicy. Ich widok powoduje, że zaczynam się wahać czy robić następne zdjęcie. W końcu, niczym automat skaczę klatka po klatce i wbiegam do samochodu.
W pamięci zostają tylko wrogie twarze prezydentów Stanów Zjednoczonych i Czeladników z 1689 roku. "Moja ulsterska krew jest moim najbardziej bezcennym "dziedzictwem." ("My Ulster blood is my most price-less heritage" - prezydent James Buchanan). "Moi przodkowie podążyli za Cromwellem i uczestniczyli w obronie Derry, odnosząc zwycięstwo pod Aughrim i Boyne." ("My forefathers were the men who had followed Cromwell and who shared in the defence of Derry and in the victories of Aughrim and the Boyne." - prezydent Theodore Roosevelt). Wymienione hasła mają potwierdzać przynależność przywołanych osób do korzeni z Uisteru. O ile podany fakt można uznać za prawdziwy, o tyle tendencyjność napisanych słów wydaje się być mocną nadinterpretacją.

O czym mówią murale z Watersiede?
Po przyjeździe do Warszawy i wywołaniu serii zdjęć z irlandzkiej po~ droży, długo zastanawiałam siej nad specyfiką malowideł z Waterside. Niestety nie znalazłanj|| informacji o artystach wykonujących te uliczne obrazy. W samym Derry instytucja odpowiadająca za informacje turystyczno-kulturalne była zamknięta. A może anonimowość tychże murali jest swego rodzaju elementem napędzającym ich powstawanie? Żadna jawnie działająca grupa artystów nie przyznaje się do obrazów z Waterside. Jedyne podejrzenie, kto stoi za tymi malunkami, pada na takie organizacje paramilitarne jak:
UDA-Ulster Defence Association (Stowarzyszenie Obrony Ulsteru), UFF - Ulster Freedom Fighters (Bojownicy o Wolność Ulsteru) czy UDF-Ulster Defence Force (Siły Obrony Ulsteru).
Wątki historyczne, co rusz wplątane w tematykę murali, odwołują ją się przede wszystkim do takich wydarzeń jak: 18 grudnia 168 roku, kiedy to 13 czeladników (The Apprentice boys of Derry) nie dopuściło do oddania królowi angielskiemu, katolikowi Jakubowi II Stuartowi Derry zamykając przed nim bramy miasta. Niemniej te nawiązania do przeszłości Ulsteru mogą jedynie powodować lekki uśmiech na twarzy oglądającego i traktować je
z przymrużeniem oka. Co innego zaś dzieje się
w umyśle, z percepcją człowieka, gdy przystępuję do analizy murali z najbardziej niebezpiecznej części Waterside. Puste domy, szare ulice
i dalekie od jakiegokolwiek pokojowego nastroju malowidła są powszednim obrazem dawnej najbardziej radykalnej enklawy w Derry. Dziś jeszcze żałuję, że zabrakło mi odwagi albo bezwzględności fotografa wojennego i nie uwieczniłam Dwóch małych chłopców na trzykołowych rowerkach bawiło się przed miejskim śmietnikiem, a zaraz do nich dołączył mniejszy czterolatek. Tłem dla przywołanego przeze mnie zdarzenia był jeden
z murali. A może to sumienie i świadomość,
że prywatność dzieci to ich nadrzędne prawo?
W tej mało przyjaznej dzielnicy, zobaczyłam malunki upamiętniające losy zabitych żołnierzy
z UDA czy UFF. Widniejąca na nich czerwona ręka, bądź pięść, jest symbolem prowincji Ulster. Kolorystyka obrazów w tonacji czerwieni i czerni budzi uczucia agresywne. Tym samym, murale tego typu emanują swego rodzaju wrogością a treści, które przekazują, pełne są przemocy i kultu potężnej siły. Niezwykle brutalnym i przerażającym był dla mnie
tera cyklu ulsterskiego mitologii irlandzkiej, Cuchulaina. Uważany za celtyckiego Achillesa, sam bronił Ulsteru przed królową Connachtu, Medb. Uznawany za patrona i symbol Irlandii na wspomnianym przeze mnie malowidle jest przygnieciony karabinem brytyjskiego żołnierza
i nie może powstać, aby walczyć. Zabezpieczenie narodowej ikony irlandzkiej prawdopodobnie ma świadczyć o nie pokonaniu niezwyciężonej mocy Bojowników o Wolność Ulsteru. Jednak ta interpretacja nie wydaje się jedyną i skończoną. Gdyby odwrócić role bohaterów z muralu, Cuchulain byłby wtedy tą częścią Ulsteru atakowaną przez republikanów z IRA - Irish Republican Army (Irlandzka Armia Republikańska), ale czy tak radykalna grupa unionistów chciałaby przedstawiać siebie jako ofiarę?
Porozumienie wielkopiątkowe z 10 kwietnia 1998 roku przyniosło stabilizację społeczną w Irlandii Północnej. Jednakże, dopiero od grudnia 1999 roku można móvić o faktycznym zawieszeniu broni, kiedy to powstał rząd złożony z przedstawicieli protestantów i katolików.
Tak podają źródła oficjalne, ale w Derry trudno czuć się w pełni bezpiecznie. Tam prawie każde miejsce, kawałek ziemi, ma swoją niepowtarzalną, na ogół tragiczną historię. Świadkowie opisywanych przeze mnie zdarzeń żyją, a w ich sercach tli się płomień albo republikański albo lojalistyczny. Granice ludzkiej pamięci nie mogą zatrzeć, choć zdaniem Gadamera, lepiej dla naszego zdrowia byłoby zapomnieć. Proces wspominania, przypominania odnawiają murale. Niekiedy, rozdrapują rany zaleczone przez czas, innym razem przywołują głębszą refleksję. Są także, jedyną
w swoim rodzaju kroniką Irlandii Północnej,
a w szczególności Derry. Obok pięknie zachowanych murów obronnych z XVI i XVII wieku, są najważniejszą pamiątką przeszłości dla przyszłych pokoleń mieszkańców miasta nad rzeką Foyle.

fotki: 1 2 3 4

źródło: PULS ŚWIATA Nr 8 lipiec/wrzesień 2004

skomentuj tekst na forum

 
  W Sanomierzu nie tylko skiny
 

Marek Firek, niegdyś w Grupie Ładnie, do tego dziedzictwa przyznaje się chętniej niż inni byli członkowie. Zajmuje się dalej porzuconą maskotką grupy Ładnie - Józkiem Kurosawą. Jednak to on kultywuje ducha grupy Ładnie! I zaczyna powoli się przebijać - ostatnio jego działalność została odnotowana w Obiegu i zanalizowana przez Violę Sajkiewicz. Czy teraz przychodzi jego 15 minut sławy?

Najbardziej alternatywna galeria świata.

tekst: Łukasz Guzek

Artyści byłej grupy Ładnie powielają sami siebie i ich sztuka zupełnie przestała być interesująca. Byli twórczy dopóki byli biedni - wtedy byli krytyczni. Teraz tylko robią miny i pozy.
Tymczasem Firek ma szczery i autentyczny napęd dla swojej sztuki - jest nieuleczalnym erotomanem, podlega siłom które nim rządzą, nad którymi nie ma kontroli. Jest w tej walce romantycznie bezradny. Stara się to erotomaństwo ukryć, a ono raz po raz wychodzi na wierzch. I dzięki temu jest w jego sztuce coś intrygującego.
Wymyślił też galerię, zwaną przez niego "Samochodową", w duchu dawnej grupy Ładnie, tyle że bardziej radykalną od wszystkiego co grupa wymyśliła w najlepszych czasach. O szczegółach czytaj w tekście Violi Sajkiewicz w Obiegu. Galeria to tunel, długi ok.150m, na dalekich peryferiach Krakowa, daleko za Nową Hutą, co w Krakowie znaczy ekstremalnie daleko. Tunel jest wąski - jeden kierunek - i ciemny odkąd ktoś rozbił oświetlenie. Zobaczyć coś można tylko w światłach samochodu bądź latarki. Kiedyś, wspomina Firek, gdy wyklejali na ścianach kolejne prace przy świetle latarek, jakiś samochód wjechał do tunelu, zatrzymał się i uciekł na wstecznym. U jednego wylotu tunelu znajduje się budynek niewielkiego więzienia, słynnego z brawurowych ucieczek. Poza tym wokół są szczere pola.

 

Viola Sajkiewicz analizując galerię wspomniała o tropie freudowskim w interpretacji. Ja bym jeszcze dodał, że niedostępność galerii powoduje, iż ma ona coś ze sztuki jaskiń, również często głęboko ukrytej. Z jaskinią kojarzy się to miejsce także dlatego, że pierwsze przyklejone prace już niemal całkowicie znikły pod jaskiniowymi naciekami. Jednak, mimo odległości dla establishmentu artystycznego Krakowa, przez galerię w pewnych godzinach ciągnie sznur samochodów jadących powoli bo jezdnia jest dziurawa. Tunel to miejsce przez które kierowcy chętnie skracają drogę omijając korki w centrum Nowej Huty, jadąc od strony Sandomierza. Dodajmy jeszcze że Firek, choć dziś mieszka całkowicie po przeciwnej stronie miasta, był z tą okolicą związany rodzinnie.
Wystawianie w tej galerii i jej prowadzenie to deklaracje ideowe. Tu już nie chodzi o alternatywę czy krytykę instytucji, ale ich zaprzeczenie - antyinstytucjonalizm; alternetywa pokazuje jak mogłyby wyglądać instytucje. Krańcowa ekstrema antyinstytucjonalna taka jak Firka nie oferuje alternatywy, czyli czegoś w zamian. Lokuje się poza jakimkolwiek systemem, bez najmniejszej aspiracji wobec niego, bez propozycji dla niego. Firek nigdy nikogo nie pytał o pozwolenie zaklejania ścian tunelu. Prosił by zwrócić się przy okazji z apelem do władz by naprawiły oświetlenie - co też czynię. Niech Radni zrobią Firkowi światło!
Tekst powstał z okazji pojawienia się w tunelu pracy Grzegorza Borkowskiego "MEMENTO MOMENT". Tekst, wymyślony do tunelu wita i poucza kierowców i zapewne każe im myśleć o nim przynajmniej przez czas przejazdu pod ziemią. Zajmuje to moment, ale jednak jest to moment pamiętny. Dzięki galerii Firka i artystom w niej wystawiającym.

fotki: 1 2 3 4

źródło: spam.art.pl

 
  W metrze zawisły plakaty
 

Akcja "Nuda" grupy Twożywo. Równocześnie
w jedenastu krajach Europy zawisły społecznie zaangażowane plakaty wyłonione w konkursie Billboart 2004. U nas można je oglądać na stacjach metra

tekst: Agnieszka Kowalska 20-07-2004

Na stacji Ratusz - tablica odlotów z wpisanymi zamiast godzin datami zamachów terrorystycznych
w Nowym Jorku i Madrycie, na stacji Centrum
- dziecko przyssane do piersi matki - Europy, wytatuowane w loga największych światowych koncernów, na Świętokrzyskiej - napis Gender wpisany w wielki czerwony krzyż.
W sumie plakatów jest sześć, zawisły na stacjach metra od Ratusza po Racławicką. Wszystkie dotykają aktualnych problemów społeczno-politycznych,
z jakimi spotykamy się na co dzień, tj.: dominacja ekonomii, globalizacja, nienawiść, strach przed terroryzmem i kwestie emancypacji płci.
- Mój ulubiony plakat to ten ze stacji Centrum. Głosowałem za nim obiema rękami i nogami - mówi Mariusz Libel z grupy Twożywo, koordynator

 

projektu w Polsce, członek jury konkursu. - Widać, że artyści biorący udział w tegorocznej edycji mieli wreszcie coś do powiedzenia, nie szli tylko w atrakcyjną formę. Trochę dużo tu polityki, no ale takie czasy.
To pierwszy tak duży projekt społeczno-artystyczny prezentowany w stołecznym metrze. - Przyjęliśmy go bardzo chętnie, bo popieramy ideę poruszania ważnych problemów w przestrzeni publicznej - mówi Michał Wrzosek, rzecznik prasowy Metra. - Mój ulubiony plakat przedstawia rękawice bokserskie ułożone w kształt serca. Bo rzeczywiście jest tak, że często się boksujemy, ale potrafimy też kochać.
Idea Billboart Gallery Europe zrodziła się w 2002 r. w Bratysławie. W zeszłym roku nagrodzone prace mogliśmy oglądać na dwóch tablicach reklamowych wynajmowanych przez Grupę Twożywo. W tym roku dzięki firmie Stroer, która za darmo udostępniła tablice na stacjach metra, przedsięwzięcie ma znacznie większy zasięg.
Nagrodzone prace prezentowane będą przez miesiąc równocześnie w jedenastu krajach: Jugosławii, Słowacji, na Węgrzech, Rumunii, Czechach, Gruzji, Austrii, na Litwie, Chorwacji, Armenii i oczywiście w Polsce. Szkoda tylko, że wśród tegorocznych laureatów zabrakło Polaków.

źródło: spam.art.pl

 
  Podsumowanie festiwalu Sztuka Ulicy
 

Zakończył się XII Międzynarodowy Festiwal "Sztuka Ulicy". Choć nie ma już takiego rozmachu jak w 2000 r., wciąż cieszy się ogromnym zainteresowaniem widzów

rozmawiała: Agnieszka Kowalska (06-07-2004)

Do największych wydarzeń festiwalu zaliczyć można rewelacyjne spektakle brazylijsko-francuskiej grupy Circo da Madrugada na Stegnach, słowackiego Teatro Tatro w namiocie na Polu Mokotowskim oraz Street Art Jam, czyli imprezę grafficiarsko-vlepkarską pod mostem Śląsko-Dąbrowskim.

Agnieszka Kowalska: Czy jest Pan zadowolony
z tegorocznej Sztuki Ulicy?
Dariusz Jarosiński, dyrektor artystyczny festiwalu: Nigdy nie jestem zadowolony. Jak człowiek jest zbytnio z siebie zadowolony, to gnuśnieje. Zawsze może być lepiej, więcej. Chociaż mam swoich faworytów. Jeśli chodzi o plenerowe kino na Polu Mokotowskim, jest nim Michał Tarkowski - kurator tego projektu. To mój idol. Ogromna osobowość, dzięki której kino trzyma wysoki poziom. W dziedzinie instalacji świetnie sprawdziła się impreza pod mostem Śląsko-Dąbrowskim. Grafficiarze i vlepkarze udowodnili, że nie tylko mają potencjał indywidualny, ale że potrafią także działać w grupie i dać coś miastu. Wydarzeniem teatralnym był spektakl zespołu The Lunatics z Holandii wykorzystujący estetykę "Matriksa" i gier komputerowych. Dali do myślenia - czy w tym właśnie kierunku podążać będzie teatr XXI wieku?

 

AK: Dlaczego zdecydował się Pan pokazać w tym roku po raz kolejny te same spektakle, m.in. Teatru Biuro Podróży czy słowackiego Teatro Tatro?
DJ: - Spektakl "Carmen Funebre" Teatru Biuro Podróży ma dla mnie ogromne znaczenie. Pokazywany był na festiwalu w 1994 r. Zobaczył go wtedy dyrektor festiwalu w Edynburgu i tak zaczęła się rewelacyjna kariera tego przedstawienia. Ostatnio "Carmen Funebre" gościła w Stanach i była bardzo dobrze przyjęta. Dlatego zdecydowaliśmy się pokazać ją ponownie. Nie sądzę, że wielu naszych widzów widziało spektakl dziesięć lat temu.
A Teatro Tatro - to po prostu rewelacyjny teatr.
I nie występował jeszcze na Sztuce Ulicy, jedynie na festiwalu w Teatrze Lalka. O tym, że było ogromne zapotrzebowanie na ten spektakl, świadczy fakt, że wielu widzów odeszło od kasy z kwitkiem.
AK: Czy początek lipca to dobry termin? Sztuka Ulicy zbiega się z poznańską Maltą i jeleniogórskim festiwalem teatrów ulicznych.
DJ: - Warszawa ma prawie dwa miliony mieszkańców. My mamy dla kogo grać. I nie ma między tymi festiwalami żadnej konkurencji. Każdy ma swoją specyfikę. My stawiamy na teatry pozainstytucjonalne, mało znane, dla których przyjazd do Warszawy jest ogromną nobilitacją.
AK: To znaczy, że nie zazdrości Pan organizatorom Malty rozmachu imprezy?
DJ: - Nie zazdroszczę, robię swoje.
AK: Czy myśli Pan już o przyszłym roku?
DJ: - Oczywiście. Chciałbym, żeby po raz kolejny ten festiwal, przygotowywany przez małą grupę przyjaciół, zapaleńców, znalazł przychylność władz miasta. Bo na widzach się dotąd nie zawiodłem.

źródło: gazeta wyborcza

 
  Street Art Jam pod mostem Śląsko-Dąbrowskim
 

"To będzie ekspozycja, która przetrwa to miasto"
- zapowiadali organizatorzy imprezy Street Art Jam. I jest na to duża szansa. Pod mostem Śląsko-Dąbrowskim przez całą sobotę odbywało się ostre malowanie, vlepianie i sprayowanie

tekst: Agnieszka Kowalska (04-07-2004)

Impreza odbyła się w ramach Sztuki Ulicy. Organizatorzy festiwalu dostrzegli w tym roku
i docenili formy twórczej aktywności najbardziej kojarzące się z ulicą - graffiti, szablon, vlepki, vlakaty. Na co dzień funkcjonują one na murach
i w autobusach. Tworzone w pośpiechu, na dziko.
Pod mostem Śląsko-Dąbrowskim mają od dziś stałe legalne miejsce. Artyści "ulicznicy" dostali do dyspozycji sporą ścianę ciągnącą się wzdłuż nadwiślańskiego bulwaru, filar mostu i fragment schodów. W sobotę od rana rozkładali na chodniku swój warsztat - spraye, szablony, segregatory
z vlepkami - i na oczach przechodniów, rowerzystów i łowiących ryby przystępowali do pracy. Jako jeden z pierwszych na betonowej ścianie pojawił się szablon: "Ty stoisz w miejscu, to miasto się przesuwa".

 

W kolejnych też przeważała tematyka warszawska: bracia Kaczyńscy, Pałac Kultury. Choć trzeba uczciwe przyznać, że w Street Art Jam wzięła również udział spora ekipa z kraju i zagranicy.
Co jakiś czas niebo zasnuwały chmury i zaczynało padać. Nikt jednak nie przerywał pracy. Dla "ulicznika" trudne warunki to nie pierwszyzna. Natomiast widzowie w czasie deszczu chętnie chowali się pod mostem, gdzie mogli obserwować vlepkarzy. Wśród nich cierpliwością wyróżniał się Adam-X, który uzupełniał prace kolegów swoimi organicznymi dziełami. Niedawno zaraził vlepkową pleśnią Zamek Ujazdowski. Zapowiadał wtedy, że projekt może rozlać się po całym mieście. Właśnie tę obietnicę spełnił.
W sobotę widać było, że "ulicznicy" są nieco skrępowani koniecznością pracy "na legalu", ale ostatecznie dobrze się stało, że będziemy mieć
w Warszawie stałe miejsce prezentacji surowej sztuki ulicy. Miejmy nadzieję, że galeria pod mostem cały czas będzie się rozwijać.

Organizatorzy Street Art Jam: stowarzyszenie Stumilowy Las i Vlepnet (tutaj oczywiście błąd, vlepvnet) (http://vlepvnet.bzzz.net)

źródło: gazeta wyborcza

 
  Pogromcy reklam
 


"Reklama nade mną, ład moralny we mnie"
- stwierdzi filozof XXI wieku. Naukowcy już opatentowali projekt satelitarnego systemu pozwalającego zastąpić niebo gwiaździste
dowolnym przekazem reklamowym.

tekst: Wojciech Orliński (24-03-2004)
foto: archiwum vlepvnet

Wprawdzie patent uzyskany przez rosyjskiego konstruktora Aleksandra Ławrynowa pozostaje na razie tylko prowokacyjną propozycją, lecz nie ulega wątpliwości narastająca wszechobecność reklam wciskających się w każdą wolną powierzchnię. Tylko kwestią czasu jest to, kiedy jakiś kraj wpadnie na pomysł sprzedania wolnej powierzchni na swojej fladze lub godle, dopisując hasło w rodzaju "In God we trust, Coca-Cola we drink" ("Bogu ufamy, coca-colę pijemy").

Sens bezsensu
W dzisiejszych czasach reklamy nie są już tylko niewinnymi ogłoszeniami informującymi o istnieniu towaru. Dziś nie reklamuje się produktu, reklamuje się styl życia związany z używaniem towarów danej marki - odzieży z określoną metką, samochodów z określoną plakietką, napojów z określonym logo. Niejako przy okazji reklama staje się wyjątkowo uporczywą wszechobecną propagandą konsumeryzmu,
w którym sens życia sprowadza się do tego, by jak najciężej pracować i jak najwięcej wydawać.
Nie wszystkim ten styl życia odpowiada, stąd od mniej więcej 20 lat narasta na świecie ruch oporu przeciwko dominacji konsumenckiej propagandy
w przestrzeni publicznej. Jego początki zbiegają się z premierą popularnej komedii fantastycznej "Ghostbusters", czyli "Pogromcy duchów", stąd do działaczy tego ruchu przylgnęło określenie "adbusters", czyli "pogromcy reklam".

Wywracaj reklamy
Pionierami kreatywnej walki z reklamami była brytyjska organizacja Class War ("Walka klas") założona w 1983 r. przez młodych ludzi rozczarowanych z jednej strony sztywniactwem działaczy tradycyjnej lewicy, a z drugiej
- komercjalizacją punk rocka. Kierowana przez niespełnionego artystę Iana Bone'a (który po odejściu z polityki zaspokaja swoje ambicje, pisząc beletrystykę), podjęła zręczną grę
z mediami, które uwierzyły w to, że Class War to coś więcej niż tylko grupa świetnie się bawiących młodych ludzi. Grupie tej przypisywano ukryte kierowanie wszystkimi zamieszkami na Wyspach Brytyjskich, zwłaszcza demonstracjami przeciwko podatkowi pogłównemu, a Ian Bone został nawet ogłoszony przez brukowiec "Daily Mail" "najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Anglii".
Działacze Class War zachowywali się jak dyrektorzy poważnej agencji reklamowej - postanowili wypromować walkę klas jako produkt i styl życia.
W tym celu zaprojektowali profesjonalne logo
i zaczęli drukować niezliczone ulotki i plakaty parodiujące komercyjne reklamy. Sportowe buty Nike reklamowano wtedy hasłem "Nike (TM). Just Do It", czyli "Po prostu zrób to" - odwrócono to na "Class War (TM). Just Do It".
Tak narodził się subvertising, czyli zbitka słów "subversive" (wywrotowy) i "advertising" (reklama). W kilkanaście lat po Class War jest to już całkiem poważnie traktowana gałąź sztuki nowoczesnej, pokazywana w galeriach i na poważnych wystawach (jak wystawa "Klinowanie kultury" towarzysząca rozpoczynającym się dzisiaj krakowskim Reminiscencjom Teatralnym).
Od 1997 roku w Kanadzie ukazuje się czasopismo "Adbuster". Poziom, na jakim dyskutuje się w nim
o walce z konsumeryzmem, daleko odbiega od prymitywnego parodiowania reklam z lat 80. Obecnie zamiast przekręcać reklamy butów Nike prowadzi się tam raczej dyskusje na temat poszukiwania alternatywnych projektów obuwia sportowego przyjaznego środowisku i nadającego się do produkcji przez drobnych rzemieślników. Dyskutuje się też tam na tematy ogólnofilozoficzne
- w najnowszym numerze ukazał się esej "Czy lewica jest martwa?" z podtytułem "Czy naprawdę Michael Moore i Noam Chomsky to już najlepsze,
na co nas stać?".

Nie zadzieraj z adbusterem
Dziś na Zachodzie ruch adbusterów jest realną grupą wpływu. Obchodzony od 1991 roku Dzień bez Zakupów (29 listopada) wywiera nawet wpływ na wielkie sieci sklepów. Londyńskie sklepy odzieżowe GAP w 2003 roku zamknięto tego dnia dla uniknięcia pikiet - nie dlatego że obawiano się aktów przemocy, ale dlatego że pokazywane w mediach pikiety przyczyniałyby się do rozpowszechniania skojarzenia marki GAP jako czegoś, co nie jest cool.
Tym samym lansowany przez reklamodawców mentalny przymus bycia cool obraca się w końcu przeciwko nim. Nie mogą sobie bezkarnie pozwalać na niszczenie środowiska naturalnego czy też korzystanie z półniewolniczej pracy dzieci
w Trzecim Świecie, bo wykorzystają to przeciwko nim adbusterzy. Doświadczyła tego właśnie firma Nike. Pod koniec lat 70. zrewolucjonizowała ona swój image, zmieniając nazwę z banalnego "Blue Ribbon Sports" i lansując słynne logo znane jako Swoosh! (TM). Kupując buty Nike, kupowało się możliwość bycia cool.

 

Adbusterom udało się jednak skutecznie zmienić ten image, budując skojarzenie Swoosh! (TM) raczej
z wietnamskimi czy chińskimi robotnikami zarabiającymi w fabrykach Nike mniej niż dwa dolary dziennie. W związku z tym dziś marka Nike nie jest cool w kręgach akademickich czy wśród wyższej klasy średniej - a właśnie tam są największe pieniądze. W obawie przed podobnymi skojarzeniami wielkie firmy wolą raczej nie zadzierać z adbusterami i przynajmniej udają, że liczy się dla nich nie tylko szybki zysk.
To z kolei pokazuje jednak, że adbusterzy swoją presją mogą zdziałać dziś dużo więcej od intelektualistów podpisujących memoriały
w słusznych sprawach.

To wasz problem, kolesie
Polski adbusting nie odbiega od światowego poziomu, o czym będzie się można przekonać na krakowskiej wystawie. Można wręcz powiedzieć, że polski adbusting narodził się razem z polską demokracją, kiedy w 1989 roku do plakatów wyborczych Komitetu Obywatelskiego z hasłem "Wybrałem >Solidarność <" DOPISYWANO "TO JUż TWóJ PROBLEM, KOLEś".
JEDNYM Z NAJWAżNIEJSZYCH POLSKICH śRODOWISK JEST TRóJMIEJSKA RADYKALNA AKCJA TWóRCZA, KTóRA ODPOWIEDZIAłA NA PYTANIE POCHODZąCE ZE SłYNNEGO PLAKATU MARCINA MACIEJOWSKIEGO "I JAK TU TERAZ żYć?" POKAZYWANEGO NA BILLBOARDACH W RAMACH ZEWNęTRZNEJ GALERII AMS. ODPOWIEDZIą POLSKICH ADBUSTERóW JEST PLAKAT POKAZUJąCY Tę SAMą RODZINę, ALE W KOMINIARKACH I Z KAłASZNIKOWAMI. WARTO TEż WSPOMNIEć O RUCHU ICHUJ.ORG KOLPORTUJąCYM NALEPKI Z WULGARNYM ZWROTEM OZNACZAJąCYM POTOCZNIE FIASKO, PORAżKę, KTóRE TO NALEPKI MOżNA NAKLEJAć NA BILLBOARDY CELEM DODANIA ZASKAKUJąCEJ PUENTY DO HASEł REKLAMOWYCH TAKICH JAK "Pół POLSKI KUPUJE
W BIEDRONCE".

ODDAJ SIę ZA JOGURT
WIELE DZIAłAń PODEJMOWANYCH PRZEZ ADBUSTERóW JEST NIEZGODNYCH Z PRAWEM. OBECNIE W PARYżU TOCZY SIę PROCES 62 ADBUSTERóW ARESZTOWANYCH PODCZAS DOPISYWANIA żARTOBLIWYCH PUENT DO BILLBOARDóW
W METRZE. ZARZąD METRA ZAżąDAł OD NICH 922 TYS. EURO ODSZKODOWANIA ZA STRATY. PROCES WZBUDZA WIELKIE ZAINTERESOWANIE OPINII PUBLICZNEJ. WYROK ZAPADNIE 28 KWIETNIA. PO STRONIE ADBUSTERóW STANęłO WIELU INTELEKTUALISTóW ZWRACAJąCYCH UWAGę NA TO, żE WE FRANCJI - W ODRóżNIENIU NP. OD WIELKIEJ BRYTANII - REKLAMA NIE JEST PODDAWANA PRAKTYCZNIE żADNEJ KONTROLI. BEZ SKRUPUłóW SIęGA SIę PO KOBIECą NAGOść PRZY REKLAMOWANIU DOWOLNEGO TOWARU, WYTWARZAJąC - WEDłUG SłóW PUBLICYSTY VINCENTA CESPEDES - POWSZECHNE PRZEKONANIE, żE KAżDA KOBIETA TO DZIWKA, KTóRA ODDA SIę ZA JOGURT.
"ODZYSKAJMY PRZESTRZEń PUBLICZNą!" - TO HASłO ADBUSTERóW Z CAłEGO śWIATA. CHOCIAż NIE WSZYSCY POCHWALAJą STOSOWANIE PRZEZ NICH METOD NIEZGODNYCH Z PRAWEM, TRUDNO ODMóWIć SAMEMU HASłU SłUSZNOśCI
W DZISIEJSZYCH CZASACH, W KTóRYM REKLAMY STAJą SIę WSZECHOBECNE JUż NIE TYLKO NA ULICACH, ALE TEż
W SZKOłACH, PRZEDSZKOLACH, SZPITALACH, KOśCIOłACH, A WKRóTCE BYć MOżE NA NOCNYM NIEBIE.

SZTUKA OBNAżA REKLAMOWY PęD

TEKST: DOROTA JARECKA

ZANIM OśMIESZANIE, ZWALCZANIE, NADUżYWANIE
I IRONICZNE PRZEKRęCANIE REKLAMY DOTARłO DO KULTURY MASOWEJ, POJAWIłO SIę W SZTUCE. ZACZęłO SIę OD POP-ARTU. ANDY WARHOL ZAGARNął DO SWOJEJ SZTUKI REKLAMę Z JEJ WSZYSTKIMI WADAMI: WULGARNOśCIą, PROSTACTWEM MYśLOWYM I PLASTYCZNYM
I PRZEROBIł DLE BRILLO. POTEM TE PUDłA STAłY
W GALERII JAKO RZEźBY. WOJNA W WIETNAMIE PRZYNIOSłA FALę POLITYCZNEJ SUBWERSJI. W1968 R. ARTYSTA Z RUCHU FLUXUS GEORGE MACIUNAS NAMALOWAł WIELKą FLAGę AMERYKAńSKą, KTóRA ZAMIAST GWIAZDEK MA TRUPIE CZASZKI, A ZAMIAST CZERWONYCH PASóW
- WYLICZENIE, ILE OSóB I GDZIE ZGINęłO
Z WINY AMERYKI.
W LATACH 80. POJAWIA SIę ANTYPLAKAT FEMINISTYCZNY. OPERUJE TYM SAMYM, CZYM DZISIAJ TZW. SUBVERTISING - PRZEKRęCENIEM, MODYFIKACJą I KARYKATURą ZNANYCH SLOGANóW. BARBARA KRUGER NAPISAłA NA PLAKACIE: "KUPUJę, WIęC JESTEM". CZASEM OBYWA SIę BEZ SłóW
- w 2000 r. PipilottiRist na wielkim ekranie umieszczonym na nowojorskim Times Sąuare pokazała swoją twarz z obrzydliwie rozmazującym się makijażem.
Sztuka potrafi fantastycznie nadużywać reklamy, kraść jej chwyty, kompromitując wszystko to, co akurat ma ochotę skompromitować - od panujących wzorów urody po panującą klasę polityczną.
Np. w 1990 r. w galerii w Nowym Jorku Hans Haacke wystawił wielką paczkę papierosów z napisem
- zamiast "Marlboro" -"Helmsboro" od nazwiska konserwatywnego senatora Jessego Helmsa, który walczył wtedy z wolnością artystycznej wypowiedzi, a jednocześnie bronił interesów wielkiego koncernu tytoniowego, który go sponsorował.
W Polsce po przełomie z 1989 r. także mamy swój artystyczny subvertising. "Kto nie kupuje, ten nie je" - napisał Paweł Jarodzki na świetnym plakacie pokazanym, w 1999 r. w cyklu billboardów Galerii Zewnętrznej AMS. W tej serii billboar-dów antyreklamowych był plakat feministyczny - "Blizna po matce" Moniki Zielińskiej - polityczny -jak świetne "Nawracanie, oswajanie, tresowanie" Jadwigi Sawickiej - czy społeczny , Jak tu teraz żyć?" Marcina Maciejowskiego.

"W naszym wieku - pisał Marshall McLuhan -jedynym zajęciem tysięcy znakomicie wykształconych ludzkich umysłów jest dążenie, aby przeniknąć do zbiorowego umysłu społeczeństwa". Subvertising artystyczny walczy z reklamą, podszywa się pod reklamę. I zazdrości reklamie jej wpływów na wyobraźnię milionów.

źródło: gazeta wyborcza

film: Metro - subvertajs na maksa :))
4 min, 36MB, mpeg. Krótki dokument z akcjii antybilbordowej w paryskim metro. Ciekawy montaż.
źródło:
Europen newsreal - video magazyn sieci indymedia na cdromach. wydanie 10.

strony subvertajsowe:
http://rat.bzzz.net/
http://ichuj.org
http://subvertise.org

 
  Kraj RAT
 

Twierdzą, że aby zrobić w Polsce coś konstruktywnego, trzeba założyć kominiarkę. Miejska partyzantka artystyczna wraca. Zakleja komercyjne billboardy, maluje i uświadamia.

Tekst: Rafał Radwański
Foto: archiwum RAT

Autorzy prezentowanej w listopadzie w gdańskim Centrum Sztuki Współczesnej "Łaźnia" ekspozycji "Sztuka w mieście. Zewnętrzna Galeria AMS 1998-2002" nie spodziewali się prawdopodobnie tak złośliwej polemiki z ideą wystawy. Nieznani sprawcy z trójmiejskiej Radykalnej Akcji Twórczej wzięli "na warsztat" znaną z billboardów AMS realizację Marcina Maciejowskiego "Jak tu teraz żyć?". Na umieszczonym w pobliżu galerii plakacie zamaskowana i uzbrojona rodzina udziela odpowiedzi na pytanie krakowskiego artysty. Tytuł projektu "Walczyć, aby żyć!" mówi sam za siebie. "Uśmiechnąłem się, kiedy to zobaczyłem-przyznaje Maciejowski.
-Sam często przetwarzam to, co wcześniej ktoś inny zrobił. Ładnie to wykonali, fachowo.". Z kolei Ryszard Ziarkiewicz, rzecznik prasowy CSW Łaźnia, komentuje: "Oni ujawnili pozytywną w założeniach, ale jednak manipulację, która pojawia w przypadku wystaw typu AMS: historycznych, podsumowujących. AMS zamierzał reagować na współczesność, lecz jako duża reklamowa firma ulegał różnym wpływom
i naciskom. Myślę, że ci młodzi ludzie, robiąc tę akcję, dobrze to zauważyli". Zanim doszło do rozmowy z członkami RAT-u, prawie miesiąc trwała między nami wymiana maili. Zmieniały się propozycje miejsca i czasu spotkania. Ostatecznie zostałem o nim poinformowany z zaledwie godzinnym wyprzedzeniem. W grudniowe popołudnie na pustym placu Zebrań Ludowych w Gdańsku (to tutaj latem odbywają się darmowe koncerty) zobaczyłem trzech młodych ubranych na czarno mężczyzn w kominiar-kach. Maskarada?Nie do końca. Za zaklejanie reklamowych billboardów swoimi projektami mogą ponieść odpowiedzialność karną.



Aktywność wolnościowa, nie wywrotowa

Radykalna Akcja Twórcza funkcjonuje w Trójmieście od ponad dwóch lat.
"Nie mamy żadnej hierarchicznej struktury. Być może niedługo nie będziemy tutaj działać, a będzie działał ktoś inny. Idea jest taka, by to się cały czas rozwijało". Rotacja w organizacji jest duża. Ci, którzy byli aktywni na początku, dziś nie są już jej członkami. Powód to między innymi ryzyko, jakie niosą ze sobą działania nielegalne. Czarno-białe plakaty o wymownych tytułach "Hej, Polaku-wyślij swoje dziecko do Iraku" czy "Wolność dla Czeczenii" naklejane są na komercyjne billboardy.

"Wychodzimy z założenia, że w ten sposób wyrządzamy mniejszą szkodę, niż nalepiając je na murach-tłumaczą RAT-owcy.-Billboardy to miejsca widoczne i tak naprawdę przeznaczone do takich celów. Wolimy kleić na tych pustych, nieużywanych, lecz nie zawsze się to udaje".
Choć na ich stronie internetowej pojawiają się zwroty "radykalny" i "wywrotowy", w rozmowie nie używają ostrych sformułowań. "Gdyby miasto w przestrzeni publicznej wystawiało billboardy, na których ludzie mogliby legalnie wyklejać swoje pomysły, to pewnie wcale nie musielibyśmy być radykalni"-deklarują. Ludziom z RAT-u przeszkadza szufladka z napisem "anarchiści". Twierdzą, że nieporozumienie spowodowała praca "Walczyć, aby żyć!". "Został naklejony nielegalny billboard, są kominiarki i bomba na stole, a więc pojawiły się trzy rzeczy, które każą traktować nas jako anarchistów. To uproszczenie, bo nie mamy jednolitego programu". Wolą, by ich działania określać ogólniej, jako aktywność środowisk wolnościowych, nie wywrotowych.
Wyjaśniają także, że samo słowo "wolność" dla każdego z nich ma odmienne znaczenie.

 

Przepis na klej
Kim są członkowie Radykalnej Akcji Twórczej? "Niektórzy pracują, inni się uczą, jeszcze inni łączą jedno z drugim. Są też tacy, którzy nic nie robią"-mówią. Zapewniają jednak, że wśród nich nie ma studentów gdańskiej ASP, jak można by się spodziewać. "Środki wyrazu, jakimi się posługujemy, są proste. Praktycznie każdy może to zrobić. Nasza działalność nie wymaga plastycznego wykształcenia, wystarczy pędzel, farby, papier
i prosty program komputerowy". Członkowie grupy zastrzegają, że świadomie działają poza światem artystycznym, że nie chcą podlegać normalnym procesom kuratorskim i galeryjnym. "Nie chcemy być gwiazdami, nie życzymy sobie poklepywania po plecach". Odpowiada im to, że nikt nad nimi nie stoi. Wszystkie prace wykonują własnym sumptem za, jak zapewniają, śmiesznie małe pieniądze. Koszt billboardu to parę złotych. Nakłady są niewielkie, na ogół od dwóch do czterech sztuk. Na swojej stronie w Internecie (www.rat.bzzz.net) wyglądającej jak oferta agencji reklamowej RAT-owcy zachęcają do indywidualnej aktywności. Podają nawet przepis na klej z mączki ziemniaczanej, który pozwoli sfinalizować ewentualne przedsięwzięcie.
Z wiadomych przyczyn akcje RAT-owców odbywają się w bardzo szybkim tempie. "Tu nie ma żadnej filozofii. Idziemy, kleimy i wracamy. Nasze działania niewiele się różnią od naklejania legalnych billboardów". Do tej pory nie zanotowali wpadki. Dla bezpieczeństwa wybierają zazwyczaj miejsca słabo oświetlone, np. w sąsiedztwie przecinającej Trójmiasto kolejki SKM. Ich plakaty oglądają wówczas tysiące ludzi jadących codziennie do i z pracy.
Mówią, że często w trakcie rozklejania spotykają się z bardzo pozytywnymi reakcjami ze strony przypadkowych przechodniów. To trochę dziwi, bo ich plakaty zawierają treści wyjątkowo kontrowersyjne. RAT atakuje obecność amerykańską
w Iraku i rosyjską w Czeczenii. Szczególnie szokujący może się wydać plakat przyrównujący Polskę do Trzeciej Rzeszy. Praca powstała jako protest przeciwko obecności polskich jednostek
w Iraku. "Tematów nie brakuje-twierdzą przedstawiciele RAT-u-Wcześniej Czeczenia była bardziej aktualna, potem Polska stała się okupantem w Iraku. Nasze działania to kontrakcja wobec bieżących tematów".
Antyamerykańska retoryka wyraźnie zdominowała realizacje RAT-owców. Od podobnych grup działających na zachodzie różni ich dostrzeżenie problemu Czeczenii. Ale nawet mimo to niektóre prace RAT-u aż nazbyt przypominają propagandowe plakaty z lat 50. w stylu "Ręce precz od Korei".
Poza tym: czy nie należy zobaczyć czegoś niestosownego w tym, że grupa piętnuje rozpasaną komercję oraz szał zakupów w kraju, w którym dla większości społeczeństwa kolejki po podstawowe towary to nadal nieodległe wspomnienie? O dziwo, część członków RAT-u pamięta stan wojenny, a ich wiedza o prześmiewczych działaniach Pomarańczowej Alternatywy z lat 80. jest całkiem spora. "To dostosowywanie działań do istniejących warunków. Gdyby Pomarańczowa Alternatywa w tamtych czasach robiła rzeczy tak skrajne jak nasze, to szybko by się wypaliła". RAT-owcy odpierają zarzut, że ich jedynym pomysłem na zastaną rzeczywistość jest totalna kontestacja. Deklarują, że angażują się
w działania społeczne o pozytywnym charakterze. Lecz o szczegółach nie chcą mówić.

To jest kręcące
Równolegle z najnowszymi działaniami RAT-u
w ośmiu miastach Polski ujawniła się formacja odpowiedzialna za akcję pod kryptonimem "i chuj". Akcja polega na doklejaniu prostego tytułowego komunikatu do istniejących już na billboardach, haseł reklamowych. Z kolei na początku grudnia otwarcie centrum handlowego Madison
w sercu Gdańska zakłócił pochód manifestantów, których twarze zasłaniały maski przedstawiające świński ryj.
"Ludzie zaczynają robić różne akcje niezależnie
od siebie, często nawet się nie znając"-oceniają reprezentanci Radykalnej Akcji Twórczej. Z czego wynika to zintensyfikowanie kontestacyjnych wystąpień? Rozmowa z RAT-owcami sugeruje, że z rozczarowania. "Nigdy nie doświadczyłem niczego dobrego od mojego państwa-komentuje jeden z nich.
-Nie ma znaczenia, czy rządzą czarni, czerwoni, czy niebiescy". Członkom RAT-u marzy się zaplecze społeczne, jakim cieszą się podobne grupy na Zachodzie. Są jednak realistami i wiedzą, że tamtejsze inicjatywy oddolne mają dłuższą tradycję, a ze względu na polską specyfikę trudno jest mechanicznie przenosić na nasz grunt zachodnie sposoby funkcjonowania. "Nie jesteśmy tylko grupą ludzi, która spotkała się w celu rozklejania plakatów. Cel pojawił się później. Zaczęło się od spotkań w gronie znajomych". Mimo poważnych treści przedstawiciele formacji podkreślają rolę zabawy i spontaniczności
w podejmowanych przez siebie akcjach. Kamuflowanie się, ukrywanie, zakładanie kominiarek po prostu sprawia im przyjemność. "To jest kręcące. Często słyszymy od ludzi, którzy nie wiedzą, iż maczamy
w tym palce,
że widzieli plakat i że ktoś miał fantastyczny pomysł. To dodaje nam energii".

źródło:CITY MAGAZINE STYCZEŃ 2004

strona RAT:
http://rat.bzzz.net/

 
  O VLEPCE, VLEPKARZU I ZRYWACZU
 

Kultura Popularna
Vlepka kojarzona jest głównie ze środkami komunikacji miejskiej, a ściślej z autobusami. Na początku swego istnienia umieszczana była przede wszystkim w tylnej części autobusów. Pierwsze vlepki zaobserwowano w Warszawie w 1996 roku. Początkowo zjawisko vlepki nie było znane poza stolicą, obecnie występuje w większości dużych miast Polski, np. w Krakowie, Wrocławiu oraz w mniejszych miejscowościach takich jak: Toruń, Bydgoszcz, Biała Podlaska, Przemyśl.

tekst: Agnieszka Tomaszczuk

Według Olędzkiego vlepki można uznać za kontynuację sztuki ulicy, jaką były szablony. Szablony początkowo miały w dużej mierze charakter polityczny i licznie ukazywały się w Polsce podczas stanu wojennego (1999:143). Dziś za pokrewną formę wyrazu można uznać graffiti. Sztuka ulicy ma charakter nieoficjalny i ma zarówno zajadłych wrogów jak i cichych zwolenników. Musimy jednak pamiętać, że do pierwszych graficiarzy nowojorskiego metra należeli tak dziś uznani twórcy jak: Jean Michel Basquiat czy Keith Haring (Durozoi 1998: 49, 278). Tak więc pomimo tego, że twórczość taka istnieje na przekór nieprzychylnie nastawionej części społeczeństwa, z upływem czasu często znajduje uznanie krytyków, chociaż w swej genezie powstaje ukradkiem i nosi znamiona działania konspiracyjnego.
Ostatnio można zaobserwować, że zwiększa się przestrzeń występowania vlepki. Powoli pojawia się niemal w każdym możliwym miejscu. Istnieją vlepkowiska, czyli specyficzne galerie uliczne. Taka galeria znajduje się np. w Warszawie na szybach wydziału ASP U.W. od strony ul. Traugutta. (Ryc.1 i 2) Vlepkowisko to jest co jakiś czas likwidowane np. poprzez wymianę szyb. Z zaskakującą szybkością jednak galeria, choć niechciana, powstaje na nowo. Można powiedzieć, że vlepki pojawiają się "nielegaln